Facebook

sobota, 26 marca 2011

Skarb państwa traci, czy nie zarabia...?

W tytułowym pytaniu nie do końca wiadomo o co chodzi, bo zależnie z której strony spojrzeć jest raz tak, a innym razem inaczej. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A o pieniądzach ostatnio mówi się dość dużo w kontekście cen żywności. Cukru zwłaszcza.

Otóż okazuje się, że ceny cukru trafiły na kosmiczny poziom. Za kryształki, bez których poranna kawa nie smakuje już tak wspaniale, płacimy około 3 razy więcej niż jakiś miesiąc-dwa temu. Oczywiście winny wszystkiemu jest nie kto inny, a premier Donald Tusk. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Ale, gdyby Jarosław zdjął klapki z oczu i włożył na przykład Google, poszukał światowych cen cukru, to zapewne zacząłby wmawiać Polakom, że "Donald Tusk jest winien wzrostom cen cukru, na całym świecie".

No niestety, Polska nie Jest Najważniejsza. Światowe ceny cukru odbijają się czkawką na naszym rynku. Wystarczy spojrzeć na wykres światowych cen cukru. Czarno na białym wynika z niego, że ceny cukru przez ostatnie 10 lat wzrosły sześciokrotnie(!) na całym świecie. Oczywiście świat Jarosława Kaczyńskiego kończy się na osiedlowym sklepiku, gdzie - możliwe, że samodzielnie pierwszy raz w życiu - zrobił zakupy. Tak, jak my prawdziwi Polacy, codziennie robimy. Podjeżdżamy pod sklep limuzyną, w towarzystwie tragarzy, czekają na nas kamery, dziennikarze, płacimy gotówką, bo nie umiemy korzystać z karty, tudzież nie mamy konta, i po wszystkim udzielamy wywiadów wylewając na Donalda Tuska wiadro pomyj. Obrażamy przy okazji klientów Biedronki, nazywając ich biednymi. Portugalia stanęła na skraju bankructwa, a taka reklama Biedronki (właścicielem Biedronki jest portugalska Jerónimo Martins) z pewnością im się przyda. Polacy przez ceny cukru też nie mogą zbankrutować, dlatego pojawiła się obietnica dodatku drożyźnianego. A przepraszam bardzo - z czyjej kieszeni zostanie od wypłacony? Bo chyba nie z kieszeni Jarosława. Mnie osobiście cukier kosztuje niecałą złotówkę miesięcznie. Używam go głównie do kawy w pracy i 1kg opakowanie stoi w szafce już koło 2-3 miesięcy. PiSowskie, populistyczne słodzenie za to będzie drogo kosztować tego, kto wygra najbliższe wybory. Bo kto nam więcej da, niż PiS może obiecać...

Tak, jak i na osiedlowych sklepikach świat się nie kończy, tak lista potrzeb człowieka nie kończy się na cukrze. Na pewno, jak się obserwuje to, co się dzieje, to nieraz nachodzi człowieka chęć sięgnięcia po papierosa i zaciągnięcia się z nerwów. To jest dopiero drożyzna. Wiedzieliście, że gdyby nie akcyzy, podatki i
inne haracze, paczka papierosów nie kosztowałaby ponad 9, a zaledwie 1-2 zł? To jest dopiero okradanie obywateli. I to jest dobre, państwo z tym nie walczy. A przecież podatnika-palacza nie obchodzi, czy niszczy sobie zdrowie na nielegalnych, czy legalnych używkach. Gdybym miał płacić za paczkę papierosów niemal 10 razy mniej, to pewnie że bym wybrał tą z nielegalnego obrotu. Państwo by i tak mi się za to zrewanżowało w formie policjanta, wlepiającego mi mandat za palenie w miejscu publicznym. Nawet gdyby to był legalny papieros, nie byłoby żadnej ulgi. 500 zł z kieszeni, jak drut. Jakieś 80 paczek cukru. W informacji podane było, że państwo straciło na wartości tych papierosów. Cóż, moim skromnym zdaniem jest różnica między "stracić" i "nie zarobić". Wydaje mi się też, że uzależnienie od papierosów jest silniejsze, niż od cukru i nacisk na obniżanie cen idzie nie w tym kierunku, co trzeba, ale ja truskawki cukrem... wróć... za drogo, słodzikiem posypuję.

Dobrze, że alkohol wciąż w cenie. Idę do sklepu. Szykujcie kamery.

sobota, 26 lutego 2011

SMS-owy

Dziś na temat SMS-a, być może zapraszającego do udziału w konkursie. Nie, nie u mnie, niestety. Domniemany konkurs organizuje Orange. I spamuje użytkowników. Dostałem SMS-a:
"Wzywamy do potwierdzenia, czy numer 503xxxyyy jest Państwa? Jeśli tak, GRATULUJEMY! Proszę wysłać SMS o treści ORANGE na 60400".
I dalej informacja o regulaminie i kosztach.

Nie dość, że zapychają mi telefon takimi bzdurami, to jeszcze wiadomość jest nie do mnie. Numer się zgadza, ale ten numer nie jest Państwa, do jasnej ciasnej, tylko mój - nie "Państwa", tylko "Pana" jeśli już. "Pana", którego Orange powinno znać, bo ma go w bazie abonentów. Imię, nazwisko, datę urodzenia, nawet PESEL, numer i serię dowodu. I zawracają człowiekowi głowę bzdurami. Nawet nie wiadomo, po co mam potwierdzać, że to mój numer, bo ani słowa o tym, a odnośnik do regulaminu to bzdura, bo jest mowa tylko o głównej stronie Orange. Czysta głupota. Nie mam ochoty na szukanie. Poza tym, czy jeśli odpiszę na tego SMS-a to mam pewność, że nie zaspamują mnie w przyszłości jeszcze bardziej? Ten SMS był bardziej debilny niż ten o gwarantowanych nagrodach, wymagających potwierdzenia.

Na ten temat była swego czasu fajna historia. Sprawa pani Barbary, która dostała SMS'a o wygranym BMW. Miała tylko potwierdzić SMS-em zwrotnym. I co zrobiła? Poszła osobiście do centrali rozsyłającej ten chłam, narobiła dymu, że ona wygrała, nie będzie niczego potwierdzać i chce kluczyki. Kobieta, którą tam zastała tylko nabrała wody w usta, a jeśli już coś odpowiedziała, to były to wyrecytowane formułki z regulaminu. I za to straciła laptopa. Jak to, straciła? Normalnie, Pani Basia zwinęła jej z biurka na odchodne. I konkursów o BMW nie ma.

A wracając do cytowanego SMS-a. Kolejnym przejawem głupoty jest samo żądanie potwierdzenia. Z jednej strony dopytują się czyj to numer, a tylko nie zapłać w porę rachunku... w BOK-u od razu znajdą dane osobowe pasujące do zablokowanego numeru :)

Pozdrawiam

(Pan) Ł. W.

PS.
Ten post jest jednocześnie dowodem na to, że najlepiej nic nie pisać na siłę, a komentować na bieżąco. Opisywana sytuacja miała miejsce dosłownie w przeciągu ostatniej godziny.

sobota, 19 lutego 2011

Jarek bloguje

Postanowiłem na chwilę odpocząć od polityki i znaleźć inny temat, który mnie "bolał", ale się nie da... Po prostu Przy żadnej innej okazji, niż cała ta paplanina polityczna, nie otwiera mi się nóż w kieszeni... Zwłaszcza jak głos zabiera PiS z "prezesem" na czele. A "prezes" wzbudził nie byle sensację - założył bloga. Mając na myśli "założył" należy jednak się spodziewać, że prowadzą go za niego jego najbliżsi wazelinia... tfu... współpracownicy. I nie było w tym nic dziwnego, że powstał ten blog, w końcu "prezes" chce być modny i też mieć czytelników (bo kto nie czyta dziś bloga Palikota, Senyszyn, albo Korwina-Mikke i innych?), żeby kiedyś nie stwierdził:

Osobiście nie jestem zwolennikiem zmuszania ludzi do brania udziału w wyborach ani też znacznych ułatwień jeśli chodzi o oddawanie głosu. Akt głosowania powinien być według mnie czynnością poważną, świadomą, wymagającą pewnej fatygi. Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez Internet chcą tę powagę odebrać. Dlaczego? Wiadomo, kto ma przewagę w Internecie i kto się nim posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować na kogo ma zagłosować.

Jest wypowiedź dość często wypominana w komentarzach pod debiutanckim postem na blogu. I, o dziwo, żaden wpis zawierający ten cytat jeszcze nie został stamtąd usunięty. A przecież PiS tak chce dbać o swój wizerunek, że rozważa cały czas zajęcie się monitoringiem polskiego internetu. Stworzyli sobie właśnie miejsce do kontroli, które powinno być pierwszym, jedynym i ostatnim miejscem do takich praktyk. Zatem czyżby zezwolenie na zamieszczanie powyższego tekstu oznaczało, że inicjatywa kontroli co, kto i gdzie pisze, była tylko straszakiem? Same puste słowa, zero konkretnych działań i efektów.

A jest co komentować, bo treść posta nie odbiega od tego, co PiS prezentuje w mediach, czysta teoria. Demagogia. Poza tym nudna, długa, pozbawiona sensu i logiki. Mowa o bogaceniu się obywateli. Jaki model państwa to zapewni? Na blogu czytamy, że "Bogactwo poszczególnych Polaków może być trwałe tylko wtedy, gdy będzie się opierać na bogactwie Polski".

Zastanówmy się przez chwilę: bogate państwo, dzięki bogatym Polakom, czy Polacy bogaci, dzięki bogatej Polsce? Polacy nie będą bogaci, jeśli Polska nie będzie bogata. A jeżeli przyjmiemy forsowany przez "prezesa" jego "patriotyzm gospodarczy", to sami powinniśmy sobie zagwarantować wspomniane bogactwo. Powstanie zamknięty obieg, w którym przyrost bogactwa zostanie sztucznie wygenerowany przez różnego typu podatki. Bogactwo "patriotycznej gospodarczo" Polski w takim ujęciu zostanie zwiększone tylko przez to, że żyją w niej bogaci obywatele. A bogaty obywatel to taki, który zdobył swój majątek dzięki temu, że państwo, czy inni obywatele, których na pewien wydatek stać, mu coś, umówmy się, że dali. Umówmy się dlatego, że, o ile Polacy kupując różne dobra jedni od drugich, przyczyniają się w ten sposób do wzajemnego powiększania swoich majątków, to państwo nigdy nic obywatelowi nie dało. Obywatel jeśli coś chciał od państwa, musiał to sobie najpierw zagwarantować odprowadzając różnego typu składki i podatki uchwalone przez ekipy rządzące na przestrzeni wielu lat. Przykłady można mnożyć i mnożyć.

Pierwszy z brzegu - "darmowe" leczenie przez NFZ finansowane jest przez nas samych ze składek na służbę zdrowia, odprowadzanych z naszych ciężko zarabianych pieniędzy. Ubezpieczenie emerytalne z ZUS/OFE, to także pieniądze, które sami sobie odkładamy na późne lata. Z tym, że ten drugi działa jeszcze o tyle mądrze, że stara się te oszczędności pomnożyć przez inwestycje w papiery wartościowe. Co jednak nie zawsze wyjdzie na dobre, patrz kryzys finansowy i wyniki giełd.

Idea "patriotyzmu gospodarczego" mocno pachnie, żeby nie powiedzieć śmierdzi, lewicowym nacjonalizmem. Polska nie jest krajem, w którym obywatele w sposób lekki łatwy i przyjemny osiąga stan zamożności. Raz, że przeciętny Kowalski, aby ze spokojem przeżyć "od pierwszego do pierwszego" musi najpierw zapracować na wypłatę dla szefa i kapitał firmy, w której pracuje. Szef z kolei ze swojej wypłaty odprowadza NFZ, ZUS, PIT, CIT, VAT i inne HGW, co jeszcze. A dwa, to że pracownika obowiązuje niemalże dokładnie to samo. Nie dość, że zarobił na szefa i jego wydatki, to jeszcze oddaje do kasy państwa identyczne potrącenia ze swojej strony. To się ładnie nazywa "wynagrodzenie netto" ("na rękę") i "wynagrodzenie brutto". Oczywiście dla państwa liczą się dochody "brutto", i na przykład jeżeli zarabiasz ~1700 zł brutto, nie należy ci się renta socjalna, którą ty dostaniesz "na rękę" (bo oczywiście opodatkowana) w wysokości 525,88 zł, ale już netto. Co więcej, renta wyznaczana jest przez wskaźnik minimalnego wynagrodzenia, który w tym roku wzrasta. A zgadnijcie, co z progiem wynagrodzenia, od którego zawieszą rentę? Tak, dokładnie, bez zmian. Oczywiście mowa o kwocie brutto. Dlaczego czepiam się rozróżnienia netto-brutto? Panowie, pochwalcie się dziewczynie, że macie półmetrowe penisy. Wow! Ale zaraz... to jest, długość "brutto" - z kręgosłupem. Nie, dziękuję, dla mnie masz 15 cm, żegnam.

Tak więc państwo z nas zdziera na każdym kroku, dając nam tylko to, co my sami sobie wypracowaliśmy, a "prezes" namawia jeszcze do zwiększenia wewnętrznego zaangażowania w budowanie gospodarczej siły państwa wycierając sobie gębę patriotyzmem? Mówicie, że Platforma nic nie robi. I dobrze, nie będzie nic robiła z gospodarką, bo ilekroć rząd wsadza ręce do gospodarki, to są kłopoty. Mamy wolny rynek, jakość prywatnych usług jest na wiele wyższym poziomie niż państwowy. Problem "Polski A" i "Polski B" wynika z tego, że państwo w zbyt dużym stopniu angażuje się w gospodarkę, zamiast uprościć biurokrację i możliwości Polaków pod względem pozyskiwania prywatnego kapitału, bez którego nie zwiększy się kapitał Państwa. Prywatni z "Polski A" oferują swoje usługi na wyższym poziomie, biorą za nie więcej pieniędzy, które prędzej, czy później trafią do kasy państwa. W "Polsce B" zaś obywatel płaci za usługi w podatkach, które przejadane są przez urzędników, np. władzę sądowniczą, która za czasów "prezesa" i ministra Ziobry mogła się poszczycić co najwyżej zwiększoną ilością konferencji prasowych, nie zaś wynikami działania, co zresztą słusznie przyznał, że od wielu wieków wymiar sprawiedliwości działa niesprawnie. Nawet wspomniana przez prezesa informatyzacja, której zapewne nawet nie on dokonał, nic nie wniosła.

Informatyzacja za to wniosła to, że mógł powstać powyższy tekst. Zarówno dlatego, że powstał blog "prezesa", jak i mój. Zobaczymy, czy będzie co dalej komentować.

środa, 12 stycznia 2011

Raport MAK z katastrowy ujawniony

No i doczekaliśmy się. Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) ujawnił raport z katastrofy rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem z 10 kwietnia 2010. Po 9 miesiącach dowiedzieliśmy się, kto jest tak naprawdę odpowiedzialny za śmierć 96 osób.

Kto nie czytał raportu niech łaskawie zamknie jadaczkę i czyta.

Kto sądzi, że Polska oddała śledztwo Rosji, również powinien zapoznać się z raportem, z którego wyraźnie wynika, że nie tylko oni to prowadzili. Był Edmund Klich, Polacy, Rosjanie, Amerykanie (tak panie Macierewicz, pana wylot z panią Fotygą był absolutnie zbędny), którzy dekodowali dane z dwóch przyrządów, bo były ich produkcji. W śledztwie nawet brali udział Azerowie i Uzbecy. Ale nie, Rosja sama bada sprawę, na pewno coś przekręci.

Nawaliła załoga samolotu, która zbyt późno podjęła decyzje kluczowe dla przebiegu zdarzeń. I nie ma dalszej dyskusji. Pilotom brakowało przeszkolenia to raz, a dwa - na pokładzie był podpity (0,6 promila alkoholu we krwi, spożytego na pokładzie - brak śladów w nerkach) generał Błasik.

Pomyślicie sobie pewnie, co on za głupoty pieprzy, pijany pasażer nie miał wpływu na to, jak mógł lecieć samolot. No dobra, ale ten pijany pasażer siedząc w salonce nie ma nic do gadania, bo za sterami siedzi kapitan Protasiuk, który odpowiada w tym momencie za lot. Takie bajki to możecie sobie opowiadać jeżdżąc z rodzinką na grzyby do lasu i wspominając jak to trzeźwy syn zagadany przez ojca, który wypił o dwa Żubry za dużo, rozwalił samochód. To jest wojsko i w momencie, gdy do kabiny z dowodzącym kapitanem (młodszy stopień) za sterami wchodzi generał (starszy stopień), to nawet choćby był po flaszce i się wczołgał na kolanach, to on jest od teraz dowodzącym i wydaje rozkazy kapitanowi za sterami. Ale cóż, wojsko nie jest teraz przymusowe, w szkołach jest więcej religii niż przysposobienia obronnego, mają prawo ludzie nie wiedzieć. Na tej zasadzie możecie sobie wyobrazić, że w momencie prowadzenia mszy (samolotu) przez księdza (kapitana), z polecenia papieża (prezydenta) wchodzi do kościoła (kabiny samolotu) biskup (generał) i rozkazuje księdzu (kapitanowi - j/w), co ma robić. Podskoczycie wtedy? Nie wydaje mi się...

Presja na załogę była tak ogromna, że nawet w końcowej fazie, gdy odzywał się TAWS, pomylili przyciski na pulpicie. Przede wszystkim organizacja czasowa była niewłaściwie przygotowana. Lądowanie pół godziny wcześniej zakończyłoby się powodzeniem, bo nie było aż takiej mgły. Według raportu widoczność spadła w ciągu 6 minut o ponad połowę. Jak (nie pytajnik, tylko taki samolot) wylądował wcześniej i mimo rozmów z załogą Tu-154M, nic nie zameldował o tym, jak go wieża naprowadzała, bo widocznie takich problemów nie miał. Wskazywałoby to na fakt, że latali w nim lepsi piloci. Proste, jak drut.

Oczywiście takie argumenty są krzywdzące dla Polski. Wielka wredna Rosja nas skrzywdziła, upokorzyła i pokazała nasze miejsce. Nie, do jasnej... SAMI SIĘ SKRZYWDZILIŚMY! Wystarczył trzeźwy generał na pokładzie i bardziej ogarnięci piloci, a można było uniknąć całej katastrofy. W raporcie są szczegółowe uwagi, co należało zrobić, gdy samolot wymknął się spod kontroli pilotów. Oczywiście znając nadętego bufona Kaczyńskiego, będzie teraz podskakiwał, by Rosja zmieniła zdanie. A Rosja może zmienić zdanie w formie... embarga. Przykręcą nam kurek z gazem, a wtedy leżymy i kwiczymy. Wystarczy, że przestaną od nas kupować różne towary eksportowe i nie będzie kasy.

Lepiej więc dla nas będzie podkulić ogon, przyznać się do winy i utrzymać wypracowane stosunki z Rosją, bo jest co stracić...

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Po trupach do celu

"Nie wierzył nikt, wątpiło wielu, A Jarek na to po trupach do celu, po trupach do celu". Te słowa usłyszeliśmy kiedyś z ust duetu prowadzących "Poranny WF" na antenie Radia ZET, Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego. Wtedy to "wątpiło wielu" odnosiło się do tego, czy zmarłemu prezydentowi w ogóle należy się pochówek w Krakowie. Dziś, po 9 miesiącach od katastrofy, są kolejne wątpliwości, ale nie ze strony narodu, ale ze strony części rodzin ofiar.

Przynajmniej tej części reprezentowanej przez pana, za przeproszeniem, mecenasa Rogalskiego. Nie tak dawno mieliśmy okazję podziwiać panią Gosiewską i Wassermann, które ubolewały nad faktem, że nie wiedzą, co jest w trumnach, w której rzekomo leżą ich mężowie. Ucichło...

Obudził się natomiast z haju, wywołanego silnymi lekami uspokajającymi, Jarosław Kaczyński i w zmowie z hieną cmentarną, Rogalskim zgodnie twierdzą, że ciało Lecha Kaczyńskiego przywiezione do Polski, to nie to samo ciało, które Jarosław rozpoznał w Smoleńsku. Powodem wątpliwości podobno jest to, że "materiał dowodowy, który dotyczy tych wątpliwości nie był przekazywany przez stronę rosyjską w jednakowym czasie". To dlaczego nie w owym czasie mówiliście o tych wątpliwościach? Na miejscu byli funkcjonariusze BOR, którzy raczej wiedzieli, co filmowali. I jeżeli mecenas o filmie dowiaduje się dopiero z gazety, to należy poddać wątpliwości uwagę, jaką przykłada do wykonywania swoich zadań, reprezentując rodziny ofiar. Swoją drogą czy BOR ma obowiązek udostępniania materiałów operacyjnych komukolwiek poza prokuraturą prowadzącą śledztwo?

Kolejnym właściwym w tym miejscu pytaniem, byłoby to zadane przez Anitę Werner w "Faktach po Faktach" w TVN24:

- Dlaczego my dowiadujemy się o tym publicznie dopiero osiem miesięcy po katastrofie? - spytała Werner.

- To, że my w ogóle rozmawiamy o tym nie jest chyba do końca właściwe, dlatego, że jest to sprawa bardzo delikatna dla rodziny pana prezydenta - powiedział Rogalski.

Zatem jeżeli nie jest to właściwy temat do rozmowy i jest to tak delikatna sprawa, to co pajac Rogalski robi w tym programie? Każde pytanie zadane w jego kierunku jest natychmiast odbijane z usprawiedliwieniem, że to jest zbyt delikatna sprawa by o tym rozmawiać. No ja rozumiem, że facet promuje się w telewizji, ale niech jeszcze coś mówi, oprócz tego, że tylko tam wygląda, a i z tym u niego nie najlepiej. Sam już na wstępie programu wyjaśnił powód swojego odbijania piłeczki bez podpowiedzi:

- "Gazeta Wyborcza" po pierwsze manipuluje faktami oraz dowodami. I to jest rzecz podstawowa. Gdyby znała całość materiału dowodowego z całą pewnością artykuł wyglądałby inaczej - stwierdził mecenas Rogalski.

Nie chcąc się zniżać do poziomu "GW" unika komentowania treści artykułu. Nie lepiej wypadł, w kwestii wątpliwości co do zawartości trumny, Jarosław. Z pełnym przekonaniem i świadomością łamania przepisów, stwierdził:

- Mam podstawy - ale takie są w Polsce przepisy, że nie mogę głośno o tym mówić - żeby uznać, że w trakcie sekcji przeprowadzonej w Smoleńsku nie wszystkie części ciała, które tam były, należały do prezydenta Rzeczypospolitej - powiedział prezes PiS.

Rzecznik prasowy Naczelnej Prokuratury Wojskowej, jak i mąż córki prezesa PiS - Marcin Dubieniecki (którego nazwisko, zaczęło po 10.04 być coraz częściej obecne w mediach), nie mieli za to absolutnie żadnych wątpliwości.

Zatem mamy remis.

---

Swoją drogą, zastanawialiście się nad tym, że prezydent leży w Krakowie, jego postawiony na życzenie Jarosława symboliczny grób znajduje się na Powązkach, a sam Jarosław każdego dziesiątego dnia miesiąca składa wieniec kwiatów pod Pałacem Prezydenckim?

niedziela, 12 grudnia 2010

Mam talent

Od razu na wstępie zaznaczam, że nie oglądałem ani jednej edycji. Widziałem za to występy finalistów. I zabolało mnie, co następuje:

Ona ma talent...

I on ma talent...



Wygrała ta pierwsza. A JA na ten temat mam do powiedzenia tyle: i co z tego?

Po pierwsze - nie dla niej ten repertuar. Dopiero co przestała na chleb mówić "pep" i już śpiewa "kocham cię życie". Czy może kochać życie ktoś, kto praktycznie dopiero je zaczyna, bo jeszcze nawet nie wkroczył w dorosłość i prawdziwego życia nie poznał, nie dojrzał? Wykonywanie takich utworów nie uczyni jej dojrzalszej. Choć może w tej chwili utożsamia się z tymi słowami, ale jeszcze nieraz będzie miała "pod górkę", bo na razie to ma "z górki".

Po drugie - wykonanie. Śpiewać można się nauczyć, wystarczy chcieć. Zaśpiewała to poprawnie, ale nie wniosła nic od siebie, po prostu nauczyła się śpiewać... Stała z mikrofonem w ręce bez jakichkolwiek emocji na twarzy. A dlaczego? Bo nie rozumie, o co chodzi, nauczyła się tekstu, melodii i wystąpiła, bo rodzice kazali. Dom się sypie, pieniądze do wygrania, idealna okazja. A ludzie płaczą jak bobry, ślą z litości SMS-y, bo małe dziecko zaśpiewało piosenkę gwiazdy.

Co innego Kamil. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony, jak usłyszałem, że wykonuje reggae. Wiadomo z czym to się kojarzy - ciuchy w kolorze żółtym, zielonym i czerwonym, Marycha, wyluzowany klimacik. Propagowanie w mediach gatunku muzyki, który związany z ruchem rastafarian niesie za sobą palenie jointów jakoś mi nie leżało. Ale jak zobaczyłem i usłyszałem - wgniotło mnie w fotel. To jest prawdziwy talent.

W odróżnieniu od Magdy, której udział w tym programie uważam za nieporozumienie, Kamil wziął się za barki z klasykiem w ogóle innego gatunki, interpretując go tak, jak mu podpowiada jego rastafariańska dusza. Zmierzył się z piosenką samego mistrza sześciu strun - Erica Claptona (fani Justina Biebera pewnie nawet o nim nie słyszeli, swoją drogą Magda jest w podobnej grupie wiekowej, a w USA mało kto, jeśli ktokolwiek, wie kim jest Edyta Geppert). On tymczasem wykonał to, jakby w ogóle na nim nie ciążyła odpowiedzialność za to, że może zostać zjechany od stóp do głów za przeróbkę Claptona. Totalny luz i spontan. Włożył w to część siebie, swoich emocji i od pierwszych sekund wystąpienia porwał widzów, którzy zaczęli klaskać. Jakiej trzeba odwagi by zdobyć się na coś takiego przed milionami widzów!

A co robić przy wykonaniu Magdy, płakać do jej smutno brzmiącego głosu? Fakt, że obie piosenki łączy melancholijny nastrój, ale dajcie Kamilowi piosenkę Edyty do zaśpiewania, a na pewno nie usłyszycie jej tak, jak została zaaranżowana pierwotnie.

Podsumowując:

Magda umie poprawnie nauczyć się tekstu, melodii, i nie prezentuje sobą nic poza tym. Dojrzałość nie polega na śpiewaniu piosenek dorosłych ludzi tak, jak palenie papierosów, przeklinanie, czy picie wódki za szczeniaka.

Kamil umie śpiewać, włożyć w to kawał swojego serca i stworzyć coś, czego nikt jeszcze nigdy nie słyszał. I to on powinien wygrać tą edycję.

Aha.... Spytasz: dlaczego nie wygrał? Przecież był lepszy.
To teraz ja zapytam: Wysłałeś/aś SMS-a na Kamila? Nie? No to TY zawaliłeś/aś mu finał. (To pytanie kieruję również do siebie, odpowiedzi już sobie udzieliłem)

Trzymajcie się, talenty ;)

czwartek, 18 listopada 2010

Na zdrowie

"Na zdrowie"

Ślachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.
Tam człowiek prawie
Widzi na jawie
I sam to powie,
Że nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre mienie,
Perły, kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Mieśca wysokie,
Władze szerokie
Dobre są, ale -
Gdy zdrowie w cale.
Gdzie nie masz siły,
I świat niemiły.
Klinocie drogi,
Mój dom ubogi
Oddany tobie
Ulubuj sobie!

Słowa oczywiście Jana Kochanowskiego. Każdy człowiek zdrowy powinien cenić swoją kondycję. Niestety ludzie mają to do siebie, że doceniają dopiero coś, co stracą. A ludzie opluwający wrogów za życia, cenią ich dopiero po śmierci, co moim zdaniem zakrawa na totalną obłudę. Ale dziś nie o tym.

Dziś, jak w tytule i wstępie - o zdrowiu, nawet o życiu. Bo jednak uważam, że ponad zdrowiem jest jeszcze życie. Można się urodzić chorym, a można nie dostać szansy urodzenia się w ogóle, gdy choroba zostanie wykryta jeszcze w łonie matki. Na szczęście ostatnie słowo należy do rodziców i dzięki ich determinacji, samozaparciu i przede wszystkim przeogromnej wierze w końcowy sukces wciąż walczą o życie swoich maluchów, i liczą na naszą pomoc.

Maks po pierwszej operacji serca, którą przeszedł w Monachium (bo u nas ginekolog już zalecił aborcję), może cieszyć się życiem, ale na stół operacyjny będzie musiał trafić jeszcze dwa razy. Więcej na tej stronie.

Kalina (więcej na jej temat o tutaj) również nadal żyje, i wciąż ma szansę widzieć chociaż na jedno oko. Dla większości z nas byłoby to kalectwem, ale weźcie pod uwagę, że w krainie ślepych jednooki jest królem. W tym przypadku królową, która również leczy się za granicą, bo w Polsce pozbawiono by ją obu oczu.

No niestety, żyjemy w kraju, gdzie ludzie, z których bez żadnego "ale" zdziera się pieniądze na finansowanie NFZ, są odsyłani na leczenie, czy nawet głupie badania diagnostyczne, w odległych terminach, których mogliby nie dożyć. Natomiast ludzie zdrowi, którzy co prawda przyczyniają się do ratowania tych chorych, na przykład oddając im krew, są obsługiwani bez oczekiwania. Zdrowie i życie człowieka z najwyższych wartości zostało spłycone do materialnego poziomu, przedmiotu, którym państwo obraca, jak mu na to budżet (do którego my sami się dokładamy) pozwala. Życie ludzkie zostało - z wartości, jaką każdy z nas nadaje swojej egzystencji - takim samym towarem, jak ziemniaki u pani Jadzi u mnie na osiedlu.

Jak komuś zależy na zdrowiu lub życiu, musi wykładać dodatkowe pieniądze na prywatne leczenie. Inaczej czeka okaleczenie, albo śmierć, bo czeka się w kolejkach tworzonych nie według potrzeb, a według zasobności kasy w NFZ i kolejności zapisu na badania/zabiegi/operacje. Absurd? Ba! Nawet żeby mieć miejsce po śmierci, trzeba zapłacić za "działkę" na cmentarzu...

I to mnie najbardziej w tej chwili boli. Niefizycznie niestety...