Facebook

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 lutego 2011

Jarek bloguje

Postanowiłem na chwilę odpocząć od polityki i znaleźć inny temat, który mnie "bolał", ale się nie da... Po prostu Przy żadnej innej okazji, niż cała ta paplanina polityczna, nie otwiera mi się nóż w kieszeni... Zwłaszcza jak głos zabiera PiS z "prezesem" na czele. A "prezes" wzbudził nie byle sensację - założył bloga. Mając na myśli "założył" należy jednak się spodziewać, że prowadzą go za niego jego najbliżsi wazelinia... tfu... współpracownicy. I nie było w tym nic dziwnego, że powstał ten blog, w końcu "prezes" chce być modny i też mieć czytelników (bo kto nie czyta dziś bloga Palikota, Senyszyn, albo Korwina-Mikke i innych?), żeby kiedyś nie stwierdził:

Osobiście nie jestem zwolennikiem zmuszania ludzi do brania udziału w wyborach ani też znacznych ułatwień jeśli chodzi o oddawanie głosu. Akt głosowania powinien być według mnie czynnością poważną, świadomą, wymagającą pewnej fatygi. Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez Internet chcą tę powagę odebrać. Dlaczego? Wiadomo, kto ma przewagę w Internecie i kto się nim posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować na kogo ma zagłosować.

Jest wypowiedź dość często wypominana w komentarzach pod debiutanckim postem na blogu. I, o dziwo, żaden wpis zawierający ten cytat jeszcze nie został stamtąd usunięty. A przecież PiS tak chce dbać o swój wizerunek, że rozważa cały czas zajęcie się monitoringiem polskiego internetu. Stworzyli sobie właśnie miejsce do kontroli, które powinno być pierwszym, jedynym i ostatnim miejscem do takich praktyk. Zatem czyżby zezwolenie na zamieszczanie powyższego tekstu oznaczało, że inicjatywa kontroli co, kto i gdzie pisze, była tylko straszakiem? Same puste słowa, zero konkretnych działań i efektów.

A jest co komentować, bo treść posta nie odbiega od tego, co PiS prezentuje w mediach, czysta teoria. Demagogia. Poza tym nudna, długa, pozbawiona sensu i logiki. Mowa o bogaceniu się obywateli. Jaki model państwa to zapewni? Na blogu czytamy, że "Bogactwo poszczególnych Polaków może być trwałe tylko wtedy, gdy będzie się opierać na bogactwie Polski".

Zastanówmy się przez chwilę: bogate państwo, dzięki bogatym Polakom, czy Polacy bogaci, dzięki bogatej Polsce? Polacy nie będą bogaci, jeśli Polska nie będzie bogata. A jeżeli przyjmiemy forsowany przez "prezesa" jego "patriotyzm gospodarczy", to sami powinniśmy sobie zagwarantować wspomniane bogactwo. Powstanie zamknięty obieg, w którym przyrost bogactwa zostanie sztucznie wygenerowany przez różnego typu podatki. Bogactwo "patriotycznej gospodarczo" Polski w takim ujęciu zostanie zwiększone tylko przez to, że żyją w niej bogaci obywatele. A bogaty obywatel to taki, który zdobył swój majątek dzięki temu, że państwo, czy inni obywatele, których na pewien wydatek stać, mu coś, umówmy się, że dali. Umówmy się dlatego, że, o ile Polacy kupując różne dobra jedni od drugich, przyczyniają się w ten sposób do wzajemnego powiększania swoich majątków, to państwo nigdy nic obywatelowi nie dało. Obywatel jeśli coś chciał od państwa, musiał to sobie najpierw zagwarantować odprowadzając różnego typu składki i podatki uchwalone przez ekipy rządzące na przestrzeni wielu lat. Przykłady można mnożyć i mnożyć.

Pierwszy z brzegu - "darmowe" leczenie przez NFZ finansowane jest przez nas samych ze składek na służbę zdrowia, odprowadzanych z naszych ciężko zarabianych pieniędzy. Ubezpieczenie emerytalne z ZUS/OFE, to także pieniądze, które sami sobie odkładamy na późne lata. Z tym, że ten drugi działa jeszcze o tyle mądrze, że stara się te oszczędności pomnożyć przez inwestycje w papiery wartościowe. Co jednak nie zawsze wyjdzie na dobre, patrz kryzys finansowy i wyniki giełd.

Idea "patriotyzmu gospodarczego" mocno pachnie, żeby nie powiedzieć śmierdzi, lewicowym nacjonalizmem. Polska nie jest krajem, w którym obywatele w sposób lekki łatwy i przyjemny osiąga stan zamożności. Raz, że przeciętny Kowalski, aby ze spokojem przeżyć "od pierwszego do pierwszego" musi najpierw zapracować na wypłatę dla szefa i kapitał firmy, w której pracuje. Szef z kolei ze swojej wypłaty odprowadza NFZ, ZUS, PIT, CIT, VAT i inne HGW, co jeszcze. A dwa, to że pracownika obowiązuje niemalże dokładnie to samo. Nie dość, że zarobił na szefa i jego wydatki, to jeszcze oddaje do kasy państwa identyczne potrącenia ze swojej strony. To się ładnie nazywa "wynagrodzenie netto" ("na rękę") i "wynagrodzenie brutto". Oczywiście dla państwa liczą się dochody "brutto", i na przykład jeżeli zarabiasz ~1700 zł brutto, nie należy ci się renta socjalna, którą ty dostaniesz "na rękę" (bo oczywiście opodatkowana) w wysokości 525,88 zł, ale już netto. Co więcej, renta wyznaczana jest przez wskaźnik minimalnego wynagrodzenia, który w tym roku wzrasta. A zgadnijcie, co z progiem wynagrodzenia, od którego zawieszą rentę? Tak, dokładnie, bez zmian. Oczywiście mowa o kwocie brutto. Dlaczego czepiam się rozróżnienia netto-brutto? Panowie, pochwalcie się dziewczynie, że macie półmetrowe penisy. Wow! Ale zaraz... to jest, długość "brutto" - z kręgosłupem. Nie, dziękuję, dla mnie masz 15 cm, żegnam.

Tak więc państwo z nas zdziera na każdym kroku, dając nam tylko to, co my sami sobie wypracowaliśmy, a "prezes" namawia jeszcze do zwiększenia wewnętrznego zaangażowania w budowanie gospodarczej siły państwa wycierając sobie gębę patriotyzmem? Mówicie, że Platforma nic nie robi. I dobrze, nie będzie nic robiła z gospodarką, bo ilekroć rząd wsadza ręce do gospodarki, to są kłopoty. Mamy wolny rynek, jakość prywatnych usług jest na wiele wyższym poziomie niż państwowy. Problem "Polski A" i "Polski B" wynika z tego, że państwo w zbyt dużym stopniu angażuje się w gospodarkę, zamiast uprościć biurokrację i możliwości Polaków pod względem pozyskiwania prywatnego kapitału, bez którego nie zwiększy się kapitał Państwa. Prywatni z "Polski A" oferują swoje usługi na wyższym poziomie, biorą za nie więcej pieniędzy, które prędzej, czy później trafią do kasy państwa. W "Polsce B" zaś obywatel płaci za usługi w podatkach, które przejadane są przez urzędników, np. władzę sądowniczą, która za czasów "prezesa" i ministra Ziobry mogła się poszczycić co najwyżej zwiększoną ilością konferencji prasowych, nie zaś wynikami działania, co zresztą słusznie przyznał, że od wielu wieków wymiar sprawiedliwości działa niesprawnie. Nawet wspomniana przez prezesa informatyzacja, której zapewne nawet nie on dokonał, nic nie wniosła.

Informatyzacja za to wniosła to, że mógł powstać powyższy tekst. Zarówno dlatego, że powstał blog "prezesa", jak i mój. Zobaczymy, czy będzie co dalej komentować.

piątek, 22 października 2010

Biedne polskie blogi

Prezes JK i jego naczelni wazeliniarze najwyraźniej nie są w stanie przełknąć gorzkiej pigułki prawdy, którą serwują im internauci...

LINK: PiS chce pilnować internetu. Powoła specjalny zespół

Szumne zapowiedzi okażą się w praktyce bezskuteczne. Bo powiedzmy, że przyczepią się do grupy Platformy Obywatelskiej na Facebooku. I co im mogą zrobić? Nic. Na Facebooku obowiązuje amerykańskie prawo, bo serwery są w USA, podobnie jak serwer Bloggera, z którego treść na moim koncie właśnie czytasz. W świetle tego samego przepisu, że w Internecie obowiązuje prawo kraju, gdzie zlokalizowany jest serwer, można legalnie pobierać z Rosji filmy udostępnione na zasadzie Public Domain. To nic, że po rosyjsku, albo z rosyjskim lektorem, jest w tym walor edukacyjny chociaż. Od czego są napisy? :).

Inna sprawa, że próba cenzurowania internetu przez urzędników może skończyć się wymierzoną przeciw nim cyberwojną. Dawno to zaistniało zagrożenie w postaci robaka, który miał pierwotnie zaatakować systemy SCADA ukraińskich elektrowni atomowych? To zbyt niebezpieczne, żeby dla zaspokojenia swojej rządy władzy i chęci wymazania z Internetu opinii na temat swojego wizerunku, na który tak ciężko się pracowało, narażać infrastrukturę informatyczną kraju.

Tak więc PIS(S) OFF!

niedziela, 19 września 2010

Słowo wstępu

Przeglądając dzisiaj Onet, pomyślałem sobie, że po co ja właściwie mam wdawać się w dyskusje z ludźmi piszącymi ewidentne głupoty w komentarzach pod artykułami, skoro mogę efekty swoich przemyśleń publikować zupełnie niezależnie. Obowiązuje więc tu wolność słowa, wyznania i poglądów w pełnym tego słowa znaczeniu.

Ponadto treść tego bloga wolna jest (i będzie) od poglądów politycznych, czy religijnych moderatora na onecie, który puszcza, lub nie, moje komentarze pisane w odpowiedzi na to, co tam ludzie wypisują. A wypisują takie głupoty, że nie sposób przejść obok tego obojętnie. Już nawet mam pewną w miarę świeżą sytuację. Tu nawet mam więcej miejsca na wypisanie się. Dobrą okazją byłby cały cyrk z krzyżem i upamiętnieniem ofiar. Zobaczymy co się jeszcze wydarzy. Na pewno coś wartego skomentowania.

--

Ostatnio wdałem się w dyskusję pod artykułem, w którym poruszony został temat orientacji seksualnej człowieka. Chodziło konkretnie o jej leczenie. Zdesperowany młodzieniec napisał list, że zauważa u siebie pociąg do kolegów, pytając jednocześnie, czy można to u niego wyleczyć? Odpowiedział mu Pan, z całym szacunkiem doktor, Andrzej Depko (widzowie programu "Bez Tabu" z WPTv powinni go kojarzyć, choć pewnie bardziej przyglądali się pani prowadzącej, to tak nawiasem mówiąc). I tenże Pan stwierdził, co następuje (cytat):

"Przyczyny rozwoju orientacji homoseksualnej są bardzo zróżnicowane
i obejmują: czynniki biologiczne, rodzinne osobowościowe, sytuacyjne, środowiskowe
lub są mechanizmem obronnym (ucieczka w homoseksualizm).
Nie będę rozwijał w tym miejscu szczegółowo wszystkich determinant."

Warto w tym miejscu zwrócić na ostatnie zdanie, bo być może Pan doktor pominął to, co ostatnio odkryto. Skoro ktoś tytułuje siebie doktorem seksuologii, to zakładam, że z doniesieniami naukowymi z tej dziedziny jest na bieżąco. A ostatnio odkryto, że - uwaga - mysz poddana modyfikacji jednego genu zmienia orientację seksualną! Czyżby profesor, mniej lub bardziej świadomie, pominął to, wymieniając czynniki wpływające na rozwój orientacji homoseksualnej? Sądzę, że grono naukowców jest bardziej wiarygodnym źródłem wiedzy w jakimkolwiek zakresie. Poza tym, czy skoro jest to warunkowane genetycznie i nie jest kwalifikowane jako niepełnosprawność, czy inna choroba utrudniająca samodzielną egzystencję (np. zespół Downa, Alzheimera), to czy powinniśmy to leczyć?

Genetycznie uwarunkowane jest również to czy człowiek jest lewo-, lub praworęczny. Mój tata jest praworęczny, ja i mama - leworęczni. Mamy się leczyć z tego powodu? Nie sądzę. Tego typu cech genetycznych się po prostu nie leczy. Wyjdźmy i wykrzyczmy ludziom, że:

My ludzie leworęczni domagamy się poręczy na schodach po lewej stronie, przestawcie nam kierownice w aucie (i przy okazji ruch drogowy), zakładajcie struny w gitarze na lewą rękę, czy też przemontujcie drzwi z lewych na prawe!

A wy - praworęczni - będziecie nam podawać lewą rękę na przywitanie!!!

Większego absurdu nie jestem w stanie wymyślić. Ale tak samo absurdalnie to wygląda ze strony homoseksualistów. Organizowane są publiczne demonstracje, chronione przez policję finansowaną z pieniędzy podatnika. Dzieci patrzą, biorą przykład, a potem mają pretensje do całego świata, że nie są społecznie akceptowalni. Może ja się obrażę na cały świat, bo muszę trzymać gitarę prawą ręką? Nie! Po prostu biorę ją w prawą i się uczę grać.

Na koniec mam dwie rady, pierwszą do katolików zabierających głos w sprawie i podważających wiarygodność wiedzy naukowej, i drugą - do innych homoseksualistów :

1 rada, apel - Katoliku, nie wypowiadaj się, bo mówiąc o tzw. dowodach naukowych brzmisz jak etiopskie dziecko z opuchlizną głodową wypowiadające się na temat holenderskiej wołowiny. Zamiast Biblii lepiej użyj Google i wpisz "gen orientacji seksualnej". Pozdrawiam

Powyższe tyczy się również komentowania innych dokonań naukowych przez środowiska zbliżone do Katolickich.

2 rada - Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one

Pozdrawiam