Zdawałoby się, że blog umrze śmiercią naturalną, ale jednak nie. Jest nadal w sieci i fakt, że nic się na nim nie ukazywało, w pewnym sensie jest pocieszający. Z jednej strony nie było tematów, do których przywiązywałbym aż tak wielką wagę, żeby nadmiernie się rozpisywać. Z drugiej strony, gdy zdecydowałem się zabrać głos w dyskusji na dany temat, nie mając szczególnie dużo do powiedzenia, to korzystałem z opcji dostępnej pod artykułami.
I wszystko byłoby do tej pory bez zmian, gdyby nie zaobserwowana przeze mnie upowszechniająca się stronnicza postawa osób, które powinny być w dyskusji absolutnie bezstronne. Tomasz Lis już zdążył srodze oberwać od internautów, za wyraźne opowiedzenie się po stronie swoich niepełnosprawnych gości, stawiając Janusza Korwina-Mikke pod ścianą w roli faszysty. Choć bał się tego powiedzieć wprost. Monika Olejnik się nie bała. Czym to się skończy - Janusz Korwin-Mikke wyraźnie powiedział - pod sąd. Choćby i na dwa tygodnie.
Nie mniej bezstronni są moderatorzy for dyskusyjnych pod artykułami w internecie. Z tą jedną różnicą, że z nimi w ogóle nie da się dyskutować. Bez słowa wyjaśnienia wypowiedź jest wyrzucana, a jako uzasadnienie podaje się "złamanie regulaminu forum". I nikt mi nie umie powiedzieć dlaczego! Przecież ani tam przekląłem, ani nie zwyzywałem. Trzykrotnie, bo tyle razy wysyłałem ten komentarz, po każdorazowym usunięciu.
Krótko mówiąc, poprzez skasowanie komentarza do artykułu o wyroku za naruszenie nietykalności cielesnej, co jest egzekwowane prawnie, naruszona została, na mocy jakiegoś śmiesznego regulaminu korzystania z serwisu, moja wolność do swobody wypowiedzi, gwarantowana mi również prawnie - konstytucyjnie! Czym jest regulamin serwisu, jakich w sieci tysiące, w stosunku do jedynego dokumentu o najwyższej mocy prawnej w państwie? Tak, niczym.
Niniejszym od dnia wczorajszego moje konto na Wirtualnej Polsce przestało istnieć. Zdecydowałem zerwać z odwiedzaniem serwisu, który udostępniając internautom miejsce do dyskusji sam staje się jej stroną. O ile artykuły pisane przez dziennikarzy są subiektywne, to moderatorzy wydają się wyraźnie stronniczy. Zatem przytoczę, pozwalając sobie na nieznaczne rozwinięcie tego, co zawarłem w usuniętym komentarzu.
Pisząc komentarz pod artykułem wyraźnie od początku zaznaczyłem, że jestem po stronie sądu, ponieważ uważam, że nauczyciel de facto naruszył nietykalność cielesną ucznia. Nie uważam natomiast że niedokończone słowo jest przekleństwem. Nie można uznać słowa za "słowo powszechnie uznane za niecenzuralne", jeśli ono w padło tylko w połowie!
Pewien amerykański psycholog stworzył krótki test pozwalający wykrywać potencjalnych zabójców.
Na pogrzebie swojej matki spotyka chłopaka, którego wcześniej nigdy nie widziała. Nieoczekiwanie dostrzega w nim mężczyznę swego życia i w tym samym dniu zakochuje się. Kilka dni później dziewczyna zabija swoją siostrę.
Pytanie: Jaki jest powód zabicia własnej siostry?
Odpowiedź: Miała nadzieję, że ten chłopak znowu pojawi się na pogrzebie.
Jeśli odpowiedziałeś zgodnie, to masz w sobie zadatki na psychopatycznego mordercę. I jak w świetle tego psychotestu wygląda nauczyciel WF-u? Bladziutko. Jest tyle słów na "pier-", czy "kur-" w języku polskim i nauczyciel musiał akurat skojarzyć je z przekleństwem. Skoro tak to dysponuje niezwykle ubogim zasobem słownictwa. Ale przecież to tylko nauczyciel WF. Co więcej dał niezwykły popis swojego opanowania, rzucając się na ucznia, który kopnął tylko materac. A mógł zabić!
Analogiczny test dla tego nauczyciela z artykułu mógłby wyglądać tak. Dokończ wyrazy:
Kur...
Spier...
Wypier...
A następnie wskaż z jakim prawdopodobieństwem wyżej wspomniany nauczyciel wymieni wyrazy takie jak: "kurtyna", "spierzchnięty", "wypierz" (tryb rozkazujący, od "prać", gdyby ktoś się dziwił)
Japierdolejcie mi wódki. Dziękuję za uwagę
sobota, 15 września 2012
niedziela, 5 lutego 2012
Homo homini lupus est
Wyjaśniła się sprawa, która od początku wstrząsnęła Polską. Półroczna Magda z Sosnowca nie żyje, a ciałem zajęła się zszokowana matka dziewczynki. Sprawę wyjaśnił prywatny detektyw, zostawiając policję daleko w tyle. A przecież policja tyle zrobiła w tej sprawie! Rozwiesili tysiące ulotek, podwyższali kilkakrotnie znaleźne (była mowa nawet o 130 tys. zł dla tego, kto wskaże, gdzie jest dziecko). Poza tym prowadzili tajne działania operacyjne, tak tajne, że nawet sami o nich nie wiedzieli. Miliony złotych z kieszeni podatników poszły, jak krew w piach. A tu proszę, zagadkę w kilka dni, z wielkim medialnym hukiem, rozwiązuje zwykły człowiek, wynajęty chyba nawet za darmo. Facet powinien dostać nagrodę od policji za to, że jako zwykły obywatel rozwiązał zagadkę. Obruszona obnażeniem swojej bezradności policja jednak nigdy nie przyzna się do tego, że została ośmieszona przez jednego człowieka. Mało tego, spodziewam się, że w odwecie z jeszcze większą zajadłością będą wlepiać mandaty na prawo i lewo, nie odpuszczając nawet 100 złotych za zatrzymanie pijaczka na dzielnicy. W końcu trzeba uleczyć chorą ambicję, a koszta rozwieszonych ulotek muszą z czegoś się zwrócić.
Wierzę, że słowo, jakiego szukacie w tej chwili do streszczenia tej sytuacji brzmi "OWNED!".
Skuteczność i PR Rutkowskiego absolutnie jednak nie robią wrażenia na naszym umiłowanym rządzie. Rząd nie znosi konkurencji. Świadczą o tym niezliczone komentarze pod adresem Krzysztofa Rutkowskiego, padające z ust polityków. Jak na ironię PR Rutkowskiego pierwszy skrytykował... rzecznik rządu Paweł Graś. Tak, to nie pomyłka... Facet odpowiedzialny za PR rządu, krytykuje PR detektywa. Oby i po tych wypowiedziach serwis www.pawelgras.pl nie spotkał się przypadkiem z "ogromnym zainteresowaniem internautów". Pojawiające się zarzuty, jakoby podstawienie fałszywych świadków w celu złamania Katarzyny W. było nieetyczną zagrywką są po prostu śmieszne. Bo chyba nie powiecie mi, że kontrolowane wręczenia łapówek pod okiem CBA, są etyczne? Mało tego, Rutkowskiemu zarzuca się, że nie ma licencji. A czy kierowca, który utracił prawo jazdy, nagle traci fizyczną zdolność prowadzenia samochodu? Wyobraźcie sobie sytuację. Jedzie dwóch ludzi, kobieta w ciąży i mężczyzna. Ona prowadzi, bo on ostatnio za jazdę po pijanemu utracił prawo jazdy. Nagle ona w wyniku nagłych skurczów porodowych słabnie, ostatecznie traci przytomność, grozi jej nawet śmierć (wiem, za dużo "M jak Miłość" i przeróbek scen Hanki ginącej w kartonach). Mąż musi poprowadzić samochód do najbliższego szpitala, albo wezwać karetkę do żony. Jednak nijak nie jest w stanie określić gdzie są. Musi liczyć na to, że jadąc przed siebie trafi do ludzi, którzy mu pomogą, jednak nie może tego zrobić, bo nie ma prawa jazdy. I co wtedy powie żonie - "NIE MAM LICENCJI, SORRY"?...
Brak licencji nie pozbawia absolutnie Rutkowskiego solidnej głowy na karku i efektywności, co był w stanie udowodnić. Działał w granicy, w jakiej może działać, nie mając papieru na wykonywanie swojej roboty. Sprawę rozwiązał, a o to przecież chodziło. Happy endu nie było, ale sprawa wyjaśniona.
Magdzie życia się nie wróci, ale dyskusyjną kwestią jest za to dalszy los Katarzyny W. Internautki, o przepraszam, kobiety korzystające z Internetu, najchętniej wymierzałyby karę śmierci. Bez zastanowienia rzucają epitetami w jej stronę. Klawiatura w ich rękach jest bardzo wygodnym narzędziem wymierzania sprawiedliwości. A pomyślcie, ale tak szczerze, zanim naciśniecie jakikolwiek klawisz - Co wy byście zrobiły w panice? W strachu przed reakcją męża, przed samą sobą. Nigdy nie wiecie, co byście zrobiły w tej sytuacji. Na tą decyzję, w dodatku podjętą w afekcie, Katarzyna miała ułamek sekundy, ciało Magdy jeszcze nawet nie przeszło sekcji, a wy już wsadzacie matkę do więzienia, tak średnio na 50-55 lat (bo jeśli wierzyć danym GUS o średniej długości życia w naszym kraju, to tyle jej jeszcze właśnie zostało).
Są w życiu pewne chwile, gdy trzeba podjąć decyzję, z których żadna nie jest dobra. Pomyślcie nad tym...
--
Na koniec jeszcze mała dygresja a propos "internauty", którego pojęcie się pojawiło w tekście. Nie ma czegoś takiego jak "internauta". Pojęcie to było bardziej trafne, gdy internet miała jedna osoba na 100. Tak jak tylko nieliczni przechodzą w NASA testy i zostają "astronautami", tak kiedyś, zostawało się "internautą", gdy był to luksus nie dla wszystkich dostępny. Dziś z racji upowszechnienia się dostępu do Internetu nie ma już "internautów", są "ludzie korzystający z Internetu". W tej definicji widać bardzo wyraźnie, że są to ludzie. Tymczasem wszelkie organizacje popierające ACTA traktują "ludzi", jako zło konieczne, piratów, złodziei, kryminalistów. Do więzienia za MP3-jkę. Ściągniętą, skopiowaną, a nie ukradzioną z Internetu, do którego prawo posiadania i kontroli przepływu treści, uzurpuje sobie każdy rząd, który podpisze i ratyfikuje ten kontrowersyjny dokument. Internet nie ma właściciela jako takiego. Poza tym dlaczego mam płacić za to, co mogę ściągnąć z sieci, skoro już płacę za sam dostęp do niej?
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Chaos A. D. - SOPA, PIPA i ACTA
SOPA, ACTA, PIPA... W ostatnich dniach chyba nie znalazłby się internauta, który śledząc jeszcze działające serwisy internetowe, nie spotkał się z tymi skrótami. Jeśli nie wiesz, czym są w/w skróty, to przed dalszą lekturą polecam filmik:
Dokształconych powyższym filmikiem, jak i świadomych od początku zagrożenia, jakie niesie ze sobą ACTA zapraszam dalej. Jednak tu też mogą pojawić się pewne przemyślenia, które wielu z nas miało na temat ACTA.
Z jednej strony czytając tekst ma się wrażenie, że wszystko jest ok, że skąd te protesty, aż się chce samemu podpisać po tym czymś, bo w końcu ktoś zamierza zrobić porządek z podrobionymi towarami. Z drugiej jednak strony, znaleźli się ludzie, którzy nie ufają zbytnio mocno niejednoznacznemu językowi prawniczemu. Nie bez powodu powstało powiedzenie, że interpretacji tekstu prawniczego jest tyle, ilu jest prawników. Jednak niezadowolonych z konsekwencji ACTA hakerów było więcej i wkrótce wszystkie ważne światowe serwisy rządowe padały jak muchy. Słynne TANGO DOWN na twitterze anonimowych powtórzyło się wielokrotnie.
Tak, jak jak ACTA próbuje mydlić oczy i rozmywać wiele istotnych spraw, tak samo politycy, w szczególności rzecznik rządu Paweł Graś również próbował. Jednak jego próba wmówienia ludziom, że na wieść o ACTA nagle wszyscy się rzucili na stronę sejmową, by czegoś więcej się dowiedzieć i w wyniku masowych odwiedzin strona padła, była - delikatnie mówiąc - żałosna. Swoim brakiem kompetencji wykrakał sobie prezent od Anonimowych pt. www.pawelgras.pl - TANGO DOWN. Zabawnie wyglądało to na głównej stronie RMF24, gdzie praktycznie obok siebie były wywiad z rzecznikiem rządu i administratorem sieci komputerowej specjalistą z centrum danych. Mówili skrajnie różne rzeczy. Komu wierzyć? Bardziej doświadczonemu oczywiście. Nie ujmuję panu Grasiowi doświadczenia, tylko niestety nie w dziedzinie informatyki jest doświadczony. Za to na słodkim pierdzeniu i robieniu z narodu idiotów zna się wybitnie. Nie chce mi się wierzyć, że tłumy ludzi odwiedzały witrynę sejmową w środku karnawału. Tym bardziej mało prawdopodobny jest losowy pad serwera podczas gdy padają niemal równocześnie serwery innych polskich, a nawet światowych organizacji. RIA, MPAA, Universal - TANGO DOWN. Ale cóż, panie Graś, jak to mówią "Lepiej milczeć, narażając się na podejrzenie o głupotę, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości".
Ataki nie pomogły. ACTA zostanie podpisana. I w tym momencie też rząd mąci obywatelom w głowie, bo podpisanie nie oznacza jeszcze ostatecznej ratyfikacji. Nie jestem prawnikiem, nie muszę się na tym znać, ale jeżeli jest jakieś sensowne wytłumaczenie, po co najpierw podpisać dokument, a potem mieć możliwość nieratyfikowania go, to byłbym wdzięczny za oświecenie. Jeśli podpisali, to niemal pewne jest, że go ratyfikują i wejdzie w życie. Nie chciałbym być wtedy w skórze rządzących... Przypomnijcie sobie zamieszczony na górze filmik. Nie ufajcie tym, którzy tłumaczą to bezpieczeństwem.
Ci którzy rezygnują z Wolności w imię bezpieczeństwa, nie zasługują na żadne z nich. Thomas JeffersonPS. Jeżeli jest coś sensownego w zapisach ACTA, to to, że interesy koncernów przestanie reprezentować Policja, która może w końcu się zajmie faktyczną ochroną obywateli gdy tego potrzebują. Koncerny mają prawników od dochodzenia swoich interesów. PS2. Gdzie jest Jarosław Kaczyński i jego okrzyki o zamach na polską demokrację, podczas gdy faktycznie taki ma miejsce, a nie gdy sobie to sobie sam uroił? Być może cieszy się na myśl, że ACTA pozwoli mu zamykać opluwaczy PiS-u.
środa, 21 września 2011
Mam Talent, czy Mam Downa?
Nawiązując do filmiku znajdującego się pod tym adresem, odpowiedzcie na pytanie - co jest bulwersującego w tym filmiku?
Ponoć bulwersuje się cała angielska widownia X-Factora, a ja tu w Polsce, nie mam pojęcia dlaczego.
Czy także mam się oburzyć bo w odstawkę poszła dyskryminacja i dopuszczono do programu osobę niepełnosprawną?
Pokażcie orzeczenie lekarskie o niepełnosprawności tej kobiety, a jeszcze lepiej pokażcie zapis regulujący udział takich osób w X-Factor. Nikt jej tam nie pchał na siłę. Powinniśmy się cieszyć, że dyskryminacja przestała mieć znaczenie i nawet dla takich osób, chcących się zaprezentować, znalazło się miejsce. Próbowała już cztery razy i za każdym razem odpadła. I dlatego jest chora, tak? Niejaki Jarosław Kaczyński od wielu lat pcha się na scenę polityczną i albo na nią w ogóle nie wchodzi, albo z niej z wielkim hukiem spada. Mało tego, choć przegrywa, to i tak twierdzi, że wygrywa. To ja już wiem w takim razie, jak u niego sprawa ze zdrowiem wygląda...
Czy może, dlatego, że mówiła, że zaśpiewa Whitney Houston, a wypadła dużo gorzej?
Paradoksalnie tak jak Whitney Houston nie śpiewa nawet już sama Whitney. Niejednokrotnie podkreślali to Wojewódzki z Leszczyńskim na castingach do Idola, gdy przychodził uczestnik... częściej jednak uczestniczka... i próbowała się zmierzyć, jeszcze raz podkreślam próbowała się zmierzyć z "I Will Always Love You". W 90%, gdy padał ten tytuł wiadomo było, że wykonanie będzie dalekie od oryginału. Nie inaczej było tym razem. Bo jak dobrze zaśpiewać utwór, który nie zawsze idealnie potrafi wykonać jego autorka?
Czy wreszcie powinienem rwać włosy z głowy, bo chociaż zaśpiewała tragicznie, to jest chora i należy jej się kolejny etap?
Nic bardziej mylnego. Widzom przypominam, że program, choć może nie sugeruje tego nazwa, to bardzo przypomina formułą "Mam Talent", czy ichniejsze angielskie "Britain's Got Talent". Abstrahując od tego, że program mógłby po w polskiej edycji się nazywać "Polska ma talent", no to chodzi o ocenę kto w tym programie ma TALENT, a nie kto niepełnosprawny, czy zdrowy. Gdyby miał powstać taki program, to byśmy mieli na antenie "Mam Downa". A talent może mieć każdy, nawet osoba mająca Downa. Ale akurat w tym przypadku, to zaprezentowana kobieta nie ma ani Downa, ani talentu Wokalnego. Od stwierdzenia tego drugiego jest w programie komisja sędziowska, co niniejszym orzekła: 3 razy NIE.
Skąd więc oburzenie? Nie rozumiem...
Dziękuję za uwagę.
Ponoć bulwersuje się cała angielska widownia X-Factora, a ja tu w Polsce, nie mam pojęcia dlaczego.
Czy także mam się oburzyć bo w odstawkę poszła dyskryminacja i dopuszczono do programu osobę niepełnosprawną?
Pokażcie orzeczenie lekarskie o niepełnosprawności tej kobiety, a jeszcze lepiej pokażcie zapis regulujący udział takich osób w X-Factor. Nikt jej tam nie pchał na siłę. Powinniśmy się cieszyć, że dyskryminacja przestała mieć znaczenie i nawet dla takich osób, chcących się zaprezentować, znalazło się miejsce. Próbowała już cztery razy i za każdym razem odpadła. I dlatego jest chora, tak? Niejaki Jarosław Kaczyński od wielu lat pcha się na scenę polityczną i albo na nią w ogóle nie wchodzi, albo z niej z wielkim hukiem spada. Mało tego, choć przegrywa, to i tak twierdzi, że wygrywa. To ja już wiem w takim razie, jak u niego sprawa ze zdrowiem wygląda...
Czy może, dlatego, że mówiła, że zaśpiewa Whitney Houston, a wypadła dużo gorzej?
Paradoksalnie tak jak Whitney Houston nie śpiewa nawet już sama Whitney. Niejednokrotnie podkreślali to Wojewódzki z Leszczyńskim na castingach do Idola, gdy przychodził uczestnik... częściej jednak uczestniczka... i próbowała się zmierzyć, jeszcze raz podkreślam próbowała się zmierzyć z "I Will Always Love You". W 90%, gdy padał ten tytuł wiadomo było, że wykonanie będzie dalekie od oryginału. Nie inaczej było tym razem. Bo jak dobrze zaśpiewać utwór, który nie zawsze idealnie potrafi wykonać jego autorka?
Czy wreszcie powinienem rwać włosy z głowy, bo chociaż zaśpiewała tragicznie, to jest chora i należy jej się kolejny etap?
Nic bardziej mylnego. Widzom przypominam, że program, choć może nie sugeruje tego nazwa, to bardzo przypomina formułą "Mam Talent", czy ichniejsze angielskie "Britain's Got Talent". Abstrahując od tego, że program mógłby po w polskiej edycji się nazywać "Polska ma talent", no to chodzi o ocenę kto w tym programie ma TALENT, a nie kto niepełnosprawny, czy zdrowy. Gdyby miał powstać taki program, to byśmy mieli na antenie "Mam Downa". A talent może mieć każdy, nawet osoba mająca Downa. Ale akurat w tym przypadku, to zaprezentowana kobieta nie ma ani Downa, ani talentu Wokalnego. Od stwierdzenia tego drugiego jest w programie komisja sędziowska, co niniejszym orzekła: 3 razy NIE.
Skąd więc oburzenie? Nie rozumiem...
Dziękuję za uwagę.
piątek, 9 września 2011
Mamy do czynienia z...
"Mamy do czynienia z satanistą."
Tak o Nergalu wypowiedział się, tfu, arcybiskup Głódź. Za sprawą jego, znaczy Nergala, udziału w programie telewizyjnym.
A ja wam powiem - Mamy do czynienia z hipokryzją.
Po pierwsze - program "The Voice Of Poland. Najlepszy głos", bo o nim mowa, nie jest miejscem na manifestowanie ani swoich przekonań religijnych, ani preferencji seksualnych. W programie mają być oceniane umiejętności wokalne uczestników. Nergal jako dysponujący całkiem dobrze brzmiącym głosem i odnoszący się w swojej twórczości do brzmień i tematów skrajnie odbiegających od słodkiego pierdzenia o miłości w rytm umc-umc, jest tam jak najbardziej na miejscu. Atak na jego przekonania i próba ocenzurowania jest jak najbardziej nieuzasadniona, bo nie o to w tym programie chodzi. Poza tym każdy przed telewizorem może w momencie transmisji programu wybrać inny kanał. Na pewno wymaga to mniejszego wysiłku intelektualnego niż próba wytłumaczenia księdzu, że się myli.
Po drugie - skoro tak niepożądanym w sferze publicznej jest Nergal, to dlaczego Głódź ominął w tej kwestii Piasecznego, który też tam bierze udział? Nie wierzę w przypadek, że oberwało się sataniście, bo satanista, a na temat geja ani słowa. Oficjalny stosunek kościoła do homoseksualizmu jest raczej znany, ale jak można wyczytać między wierszami "ręka rękę myje, noga nogę wspiera". Bardziej prawdopodobne natomiast jest, że bajeczka o początku ludzkości, zainicjowanym przez raptem dwoje ludzi, wędrownym nauczycielu przemieniającym wodę w wino, mnożącym ryby i chleb, i wreszcie ginącym z woli swego ojca (sic!) za nasze grzechy, jest już nieco podstarzała, jak wczorajsze bułki w delikatesach. Kiedyś coś, co było biblijnym cudem, można wytłumaczyć naukowo. I do ludzi coraz częściej przemawia nauka. Poza tym to nauka kształtuje dzisiejszy świat. Religia ze swoim systemem wartości jest hamulcem postępu, nie oszukujmy się.
Po trzecie - jakim prawem człowiek reprezentujący, jak na ironię nawiążę do słów Nergala, "największą zbrodniczą organizację na świecie", odbiera prawo do uczestnictwa w życiu publicznym "sataniście"? Człowiek ma dopiero trochę ponad 30 lat, głośno się o nim zrobiło od około lat 3. Wyleczył się z białaczki, choć niewierzący. Nie mówiąc o tym, że przed nim satanistów poza życiem publicznym było na pęczki. Natomiast kościół katolicki od dwóch tysięcy lat widać na każdym kroku. W dodatku na mocy konkordatu, który należałoby spalić, utrzymywany jest z budżetu państwa, nie odprowadza podatków, i wrzyna się w przestrzeń publiczną nie gorzej, jak w dupę stringi. Przy każdym śmietniku kościół, w urzędach krzyże, w Świebodzinie najwyższy na świecie pomnik Jezusa, doskonały wskaźnik poziomu EGO naszych hierarchów kościelnych i obraz mentalności wierzących - w środku pusto, z wierzchu - beton. Nie wspomnę o organizowaniu procesji, pielgrzymek, obstawianych przez finansowaną z kas miejskich policję, związane z tym utrudnienia w ruchu na drogach. Wszystko to za publiczne pieniądze.
I wy chcecie odsuwać ateistów ze sfery publicznej? Niedoczekanie!
piątek, 19 sierpnia 2011
O uczuciach religijnych
Niech ktoś mnie oświeci. Zastanawia mnie pewna kwestia, po przeczytaniu doniesienia o uniewinnieniu Nergala, lidera zespołu Behemoth, za spalenie Biblii podczas koncertu. Nie rozumiem w tym całym zamieszaniu, kto kogo obraził i kto i za co ma się czuć obrażony.
Zacznijmy może od tych drugich, bo to to oni najgłośniej krzyczą, jako, że obrażeni. Powiedzmy sobie jasno i wprost: obrażoną może się poczuć osoba o stopniu inteligencji co najwyżej dorównującym osobie, która tej obrazy dokonuje. Darski rzekomo miał obrazić uczucia religijne osób, uważających się za katolików. Kto z tych obu stron jest mniej lub bardziej inteligentny - magister historii, czy specjalista od zarządzania i bankowości, przewodnik górski - nie wymaga chyba dalszego komentarza.
Po drugie. Jak wynika z uzasadnienia wyroku, Ryszard *tfu* Nowak, oskarżył Darskiego zupełnie nie o to, co on zrobił wtedy na scenie. Za co zatem został oskarżony liter Behemotha?
Obraza uczuć religijnych dotyczy miejsc lub przedmiotów czci religijnej. Słownik Języka Polskiego PWN definiuje czasownik "czcić" jako:
1. «oddawać cześć religijną»
2. «otaczać wielkim szacunkiem»
3. «oddawać hołd, okazywać pamięć»
4. «obchodzić jako święto»
Jak sama Biblia naucza, oddawać cześć religijną należy Bogu, a nie bożkom, pieniądzom, czy innym wartościom materialnym, nie wspominając o książce. Wykonywaniu znaku krzyża w kościele towarzyszą słowa "W imię Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego". Zatem to krzyż i osoby boskie są przedmiotem czci, nie zaś książka. Nikt nigdy nie modlił się do Biblii, tylko przed krzyżem, ewentualnie figurą Jezusa, lub Matki Boskiej. Co więcej, owe reprezentacje wizualne postaci stanowiących fundamenty wiary chrześcijańskiej znajdują się w sferze publicznej. W Polsce zagwarantowaną mamy ochronę wiary w tej właśnie sferze. Biblię natomiast każdy wierzący trzyma w swojej sferze prywatnej, w domu na półce i jak chce, to niech broni swojego egzemplarza przed podarciem. Nergal podarł swoją Biblię, jego sprawa. Co do szacunku wobec Biblii, to należałoby rozróżnić dwie rzeczy: szacunek do Biblii, jako zadrukowanego papieru, czy szacunek do Biblii, jako podstawy wiary, która to podstawa niezależnie od tego, na czym jest wydrukowana, powinna być w sercu każdego wierzącego. Biblia jest tylko pisemnym dowodem istnienia wyznawanych wartości.
Spójrzcie na swoje dowody osobiste. "Dowód osobisty jest dokumentem stwierdzającym tożsamość osoby, oraz potwierdzającym obywatelstwo polskie", można przeczytać na odwrocie, napisane po środku małymi literkami. Czy jeżeli mój dowód po przekroczeniu okresu ważności, zostanie zniszczony, to przestaję być obywatelem polski, bo zniszczona została ta informacja? Absolutnie nie! Może jeszcze mam się obrazić na urzędnika, że niszcząc dowód pozbawia mnie obywatelstwa? Analogicznie jest z Biblią. Można by na niej umieścić nadruk "Biblia Święta jest dokumentem potwierdzającym przynależność do grona chrześcijan". A jedna Biblia mniej czy więcej nie powinna nikomu robić żadnej różnicy. Liczą się wyznawane wartości.
Zastanawiające w tym wszystkim jest jedno. Ktoś kto dobrowolnie poszedł na koncert, wychodzi z niego urażony jego przebiegiem. Co więcej, nagrywa fragment i udostępnia go innym, mogącym poczuć się urażonymi. Czy można zrobić coś bardziej głupiego?
Wyobraź sobie, że idziesz na koncert, nagrywasz kawałek, czego nie wolno było robić na koncercie Behemotha, a następnie publicznie manifestujesz zniesmaczenie tym, co się tam działo? Nikt cię nie zmusza, idziesz, bo chcesz, w dodatku wiesz na co. Trzeba być totalnym ignorantem i żyć w klatce od ładnych paru lat, by nie kojarzyć Nergala z wizerunkiem antychrześcijańskim. W dodatku wiedząc, że impreza jest zamknięta dla określonego grona odbiorców, iść tam, a potem publicznie siać ferment. Skąd ten człowiek się urwał?
Sąd na szczęście pokazał obrażonej stronie gdzie jest jej miejsce i oby to był początek tego typu rozstrzygnięć w przyszłych podobnych sprawach. Jak myślicie, są szanse na to, że odejdzie się od bezprecedensowego sądownictwa w Polsce?
Zacznijmy może od tych drugich, bo to to oni najgłośniej krzyczą, jako, że obrażeni. Powiedzmy sobie jasno i wprost: obrażoną może się poczuć osoba o stopniu inteligencji co najwyżej dorównującym osobie, która tej obrazy dokonuje. Darski rzekomo miał obrazić uczucia religijne osób, uważających się za katolików. Kto z tych obu stron jest mniej lub bardziej inteligentny - magister historii, czy specjalista od zarządzania i bankowości, przewodnik górski - nie wymaga chyba dalszego komentarza.
Po drugie. Jak wynika z uzasadnienia wyroku, Ryszard *tfu* Nowak, oskarżył Darskiego zupełnie nie o to, co on zrobił wtedy na scenie. Za co zatem został oskarżony liter Behemotha?
Obraza uczuć religijnych dotyczy miejsc lub przedmiotów czci religijnej. Słownik Języka Polskiego PWN definiuje czasownik "czcić" jako:
1. «oddawać cześć religijną»
2. «otaczać wielkim szacunkiem»
3. «oddawać hołd, okazywać pamięć»
4. «obchodzić jako święto»
Jak sama Biblia naucza, oddawać cześć religijną należy Bogu, a nie bożkom, pieniądzom, czy innym wartościom materialnym, nie wspominając o książce. Wykonywaniu znaku krzyża w kościele towarzyszą słowa "W imię Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego". Zatem to krzyż i osoby boskie są przedmiotem czci, nie zaś książka. Nikt nigdy nie modlił się do Biblii, tylko przed krzyżem, ewentualnie figurą Jezusa, lub Matki Boskiej. Co więcej, owe reprezentacje wizualne postaci stanowiących fundamenty wiary chrześcijańskiej znajdują się w sferze publicznej. W Polsce zagwarantowaną mamy ochronę wiary w tej właśnie sferze. Biblię natomiast każdy wierzący trzyma w swojej sferze prywatnej, w domu na półce i jak chce, to niech broni swojego egzemplarza przed podarciem. Nergal podarł swoją Biblię, jego sprawa. Co do szacunku wobec Biblii, to należałoby rozróżnić dwie rzeczy: szacunek do Biblii, jako zadrukowanego papieru, czy szacunek do Biblii, jako podstawy wiary, która to podstawa niezależnie od tego, na czym jest wydrukowana, powinna być w sercu każdego wierzącego. Biblia jest tylko pisemnym dowodem istnienia wyznawanych wartości.
Spójrzcie na swoje dowody osobiste. "Dowód osobisty jest dokumentem stwierdzającym tożsamość osoby, oraz potwierdzającym obywatelstwo polskie", można przeczytać na odwrocie, napisane po środku małymi literkami. Czy jeżeli mój dowód po przekroczeniu okresu ważności, zostanie zniszczony, to przestaję być obywatelem polski, bo zniszczona została ta informacja? Absolutnie nie! Może jeszcze mam się obrazić na urzędnika, że niszcząc dowód pozbawia mnie obywatelstwa? Analogicznie jest z Biblią. Można by na niej umieścić nadruk "Biblia Święta jest dokumentem potwierdzającym przynależność do grona chrześcijan". A jedna Biblia mniej czy więcej nie powinna nikomu robić żadnej różnicy. Liczą się wyznawane wartości.
Zastanawiające w tym wszystkim jest jedno. Ktoś kto dobrowolnie poszedł na koncert, wychodzi z niego urażony jego przebiegiem. Co więcej, nagrywa fragment i udostępnia go innym, mogącym poczuć się urażonymi. Czy można zrobić coś bardziej głupiego?
Wyobraź sobie, że idziesz na koncert
Sąd na szczęście pokazał obrażonej stronie gdzie jest jej miejsce i oby to był początek tego typu rozstrzygnięć w przyszłych podobnych sprawach. Jak myślicie, są szanse na to, że odejdzie się od bezprecedensowego sądownictwa w Polsce?
środa, 20 lipca 2011
Ukradnij tego posta
Tradycyjnie przeglądałem sobie zasoby naszej globalnej sieci, gdy po dłuższej przerwie spokoju, znowu mnie zabolało. Tytuł i wcześniejsza tematyka postów może sugerować, że chodzi o politykę, ale na szczęście nie. Chodzi o kradzież, ale nie w tej, że tak powiem, branży. Dziś będzie informatycznie. Na początek, powiedzmy sobie, wokół czego kręci się ten post - definicja kradzieży:
Kradzież (art. 278 kk) - zabór cudzej rzeczy w celu przywłaszczenia. Pod pojęciem zaboru rozumie się fizyczne wyjęcie rzeczy spod władztwa właściciela. Dotyczy to również przedmiotu pozostawionego przez niego w znanym mu miejscu w zamiarze późniejszego jej zabrania. Wymóg dokonania zaboru oznacza, że nie jest możliwa kradzież rzeczy znalezionej przez sprawcę lub jemu powierzonej. Nie wyklucza to odpowiedzialności za inne przestępstwo, a mianowicie za przywłaszczenie.
W skrócie historia polegała na tym, że namierzono babcię ściągającą porno z internetu przez swoją domową sieć Wi-Fi. Oczywiście postanowiono ukarać, bo jest to nielegalne (czytaj - pozytywne, kto nie lubi ściągnąć sobie od czasu do czasu pornosa z sieci musi być albo gejem, albo w podeszłym wieku).
I w tym momencie czas na właściwą falę oburzenia i wytykania absurdów z mojej strony. Kłócą się ze sobą w tym miejscu różne kwestie etyczno-prawne, ale to tylko ukazuje w jak popapranym świecie żyjemy.
Absurd numer 1: Kradzież przez kopiowanie.
Nie bez powodu przytaczałem definicję kradzieży we wstępie. Ktokolwiek by tego nie ściągał, czy to babcia, czy to ktoś inny, te filmy nadal są na serwerach. Zostały stamtąd SKOPIOWANE, a nie ZABRANE. Tylko samochodu z ulicy nie da się skopiować i jeżeli odjadę wypasioną bryką z parkingu sąsiada, to on jej nie będzie miał.
Absurd numer 2: Babcia ściągająca porno
Nie ukłuło nikogo w oczy, że łączy się dwie tak skrajne rzeczy ze sobą? Porno i staruszka... Pozew "antypiratów" powinien zostać z miejsca oddalony, ponieważ - na co również wpadł autor artykułu - który sąd uwierzy, że babcia jara się pornosami z sieci?
Absurd numer 3: Wyważanie otwartych drzwi
OK, powiedzmy, że filmy jednak były kradzione. To teraz powiedzcie mi taką rzecz: jak ma się kradzież w myśl w/w definicji, do korzystania z sygnału sieci bezprzewodowej? Nie jest wprost tam napisane że miała miejsce taka kradzież, jednak ci, co mieli do czynienia z sieciami bezprzewodowymi, zapewne wyczuli temat.
Chodzi o to, że. sama poszkodowana twierdzi, jakoby ktoś mógł włamać się do jej sieci i ściągać te filmy. A o to nietrudno, bo sieć bezprzewodowa, nie trzeba mieć fizycznego dostępu jakiegokolwiek kabla. Wystarczy zasięg. Odpalam laptopa, wyświetlam listę hotspotów, podłączam się do najlepszego sygnału i cieszę się łącznością ze światem, pobierając sobie porno na konto babci.
Absurd numer 4: Znajdźcie przepis, a znajdę człowieka...
Na nieszczęście babci, jeśli nawet uda jej się udowodnić, że nie ona ściągała filmy, to sąd może ją skazać (tfu, tfu) za... niewłaściwe zabezpieczenie sieci bezprzewodowej. Czujecie to?
Gdyby facet wszedł do jej domu be jej wiedzy i zgody, jest przestępcą, włamywaczem. Co kogo wtedy obchodzi babcia, która wstawiła za słabe zamki, albo wyszła do sąsiadki tylko na chwilę, nie zamykając drzwi? Przestępca jest winny, a nie babcia, której mogą nawet odmówić wypłaty z ubezpieczenia (jeśli w ogóle miała wykupione).
Ale, babcia za to winna może być niezabezpieczeniu sieci, lub pójdzie siedzieć do spółki ze złodziejem, który te zabezpieczenia złamał, bo on je złamał, a ona słabo się zabezpieczyła!!!
Taki krótki news, a tyle absurdów. Jeśli ktoś znajdzie więcej, dajcie znać. I żeby nie było, to nie jest czepianie się na siłę, w takim świecie żyjemy...
Kradzież (art. 278 kk) - zabór cudzej rzeczy w celu przywłaszczenia. Pod pojęciem zaboru rozumie się fizyczne wyjęcie rzeczy spod władztwa właściciela. Dotyczy to również przedmiotu pozostawionego przez niego w znanym mu miejscu w zamiarze późniejszego jej zabrania. Wymóg dokonania zaboru oznacza, że nie jest możliwa kradzież rzeczy znalezionej przez sprawcę lub jemu powierzonej. Nie wyklucza to odpowiedzialności za inne przestępstwo, a mianowicie za przywłaszczenie.
W skrócie historia polegała na tym, że namierzono babcię ściągającą porno z internetu przez swoją domową sieć Wi-Fi. Oczywiście postanowiono ukarać, bo jest to nielegalne (czytaj - pozytywne, kto nie lubi ściągnąć sobie od czasu do czasu pornosa z sieci musi być albo gejem, albo w podeszłym wieku).
I w tym momencie czas na właściwą falę oburzenia i wytykania absurdów z mojej strony. Kłócą się ze sobą w tym miejscu różne kwestie etyczno-prawne, ale to tylko ukazuje w jak popapranym świecie żyjemy.
Absurd numer 1: Kradzież przez kopiowanie.
Nie bez powodu przytaczałem definicję kradzieży we wstępie. Ktokolwiek by tego nie ściągał, czy to babcia, czy to ktoś inny, te filmy nadal są na serwerach. Zostały stamtąd SKOPIOWANE, a nie ZABRANE. Tylko samochodu z ulicy nie da się skopiować i jeżeli odjadę wypasioną bryką z parkingu sąsiada, to on jej nie będzie miał.
Absurd numer 2: Babcia ściągająca porno
Nie ukłuło nikogo w oczy, że łączy się dwie tak skrajne rzeczy ze sobą? Porno i staruszka... Pozew "antypiratów" powinien zostać z miejsca oddalony, ponieważ - na co również wpadł autor artykułu - który sąd uwierzy, że babcia jara się pornosami z sieci?
Absurd numer 3: Wyważanie otwartych drzwi
OK, powiedzmy, że filmy jednak były kradzione. To teraz powiedzcie mi taką rzecz: jak ma się kradzież w myśl w/w definicji, do korzystania z sygnału sieci bezprzewodowej? Nie jest wprost tam napisane że miała miejsce taka kradzież, jednak ci, co mieli do czynienia z sieciami bezprzewodowymi, zapewne wyczuli temat.
Chodzi o to, że. sama poszkodowana twierdzi, jakoby ktoś mógł włamać się do jej sieci i ściągać te filmy. A o to nietrudno, bo sieć bezprzewodowa, nie trzeba mieć fizycznego dostępu jakiegokolwiek kabla. Wystarczy zasięg. Odpalam laptopa, wyświetlam listę hotspotów, podłączam się do najlepszego sygnału i cieszę się łącznością ze światem, pobierając sobie porno na konto babci.
Absurd numer 4: Znajdźcie przepis, a znajdę człowieka...
Na nieszczęście babci, jeśli nawet uda jej się udowodnić, że nie ona ściągała filmy, to sąd może ją skazać (tfu, tfu) za... niewłaściwe zabezpieczenie sieci bezprzewodowej. Czujecie to?
Gdyby facet wszedł do jej domu be jej wiedzy i zgody, jest przestępcą, włamywaczem. Co kogo wtedy obchodzi babcia, która wstawiła za słabe zamki, albo wyszła do sąsiadki tylko na chwilę, nie zamykając drzwi? Przestępca jest winny, a nie babcia, której mogą nawet odmówić wypłaty z ubezpieczenia (jeśli w ogóle miała wykupione).
Ale, babcia za to winna może być niezabezpieczeniu sieci, lub pójdzie siedzieć do spółki ze złodziejem, który te zabezpieczenia złamał, bo on je złamał, a ona słabo się zabezpieczyła!!!
Taki krótki news, a tyle absurdów. Jeśli ktoś znajdzie więcej, dajcie znać. I żeby nie było, to nie jest czepianie się na siłę, w takim świecie żyjemy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)