Facebook

niedziela, 10 kwietnia 2011

10 kwietnia

Dziś krótka lekcja historii. Zapomnijmy na chwilę o tym, co działo się rok temu, co działo się 71 lat temu i cofnijmy się o prawie pół tysiąclecia, dokładnie o 486 lat do roku 1525. Miało wtedy miejsce wydarzenie, o którym najwyżej na lekcji historii usłyszycie. Mianowicie Hołd Pruski.

Hołd pruski odbył się 10 kwietnia 1525 w Krakowie po wcześniejszym zawarciu traktatu między królem Zygmuntem I Starym a Albrechtem Hohenzollernem w dniu 8 kwietnia 1525 roku. W wyniku tego aktu Prusy Zakonne zostały przekształcone w Księstwo Pruskie jako lenno Polski.

Ostatni w Prusach[1] wielki mistrz Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie (krzyżackiego) sprawujący władzę świecką nad państwem zakonnym Albrecht Hohenzollern, przyjął wyznanie luterańskie i przekształcił państwo zakonu krzyżackiego w świeckie państwo (Prusy Książęce), stając się jego władcą (księciem). Jednocześnie złożył hołd lenny swojemu wujowi Zygmuntowi Staremu, królowi Polski.

W wyniku zawartego traktatu prawo do dziedziczenia Prus Książęcych otrzymali męscy potomkowie Albrechta, a w razie jego bezpotomnej śmierci – jego bracia Jerzy, Kazimierz i Jan z potomstwem męskim. Z dziedziczenia wyłączona była linia elektorów brandenburskich. Traktat krakowski był pierwszą umową o charakterze międzypaństwowym pomiędzy władcą katolickim a protestanckim w Europie[2].

W czasie składania hołdu na na Goldzie rynku krakowskiego, Albrechtowi towarzyszyła delegacja stanów pruskich. Albrecht odebrał z rąk króla proporzec z herbem Prus Książęcych jako symbolem lenna. Oznakę zależności od króla i Korony symbolizowała umieszczona na piersi czarnego pruskiego orła litera S (Sigismundus) oraz korona na jego szyi.

Wydarzenia związane z hołdem pruskim zlikwidowały państwo krzyżackie, czyniąc jego spadkobiercę, świeckie państwo pruskie, krajem zależnym od Polski. Aż do srebrnego wieku, tj. epoki Wazów na tronie Polski zagrożenie z tego kierunku zostało odsunięte i zmarginalizowane, jednak nie zlikwidowane. Dynastia panująca w Prusach wymarła w 1619 roku, zaś Sejm wyraził zgodę na przejęcie tronu przez spokrewnionych elektorów brandenburskich (w obawie przed sojuszem szwedzko-brandenburskim). Od tego momentu władcy Brandenburgii-Prus dążyli do połączenia swoich ziem w jednolite terytorialnie państwo, do czego przeszkodą były ziemie Prus Królewskich. Podczas potopu szwedzkiego w traktatach welawsko-bydgoskich zerwano zależność lenną Prus od Rzeczypospolitej. Pośrednio więc, konsekwencją nieinkorporowania Prus w roku 1525 były rozbiory Polski.

Nie mówi się jednak o tym, bo Polska ma w historię wpisane bycie - jak to określił "Mickiewicz" w trzeciej części "Dziadów" - "Chrystusem narodów". Od wspominania sukcesów odniesionych na tle międzynarodowym, wolimy cierpieć za innych, i upamiętniać wszelkie zbrodnicze, dokonane na naszym narodzie akty nienawiści - rozbiory, hitlerowskie obozy koncentracyjne, Katyń.

Na zagranicznych forach krążą o Polsce opinie tego typu (przetłumaczona z angielskiego):
"Czy dla Polaka to tak błogo, czuć się jak ofiara? Orgazmiczna rozkosz być uważanym za ofiarę ludobójstwa... Ha! Cóż za odrażająca satysfakcja zawsze stawać w roli odwiecznej, pożałowania godnej ofiary, aby tylko pasożytować na uczuciach zamożniejszych sąsiadów... Odrażające" (Oryginalny tekst posta)

Pytam więc: Jak długo i za jaką cenę (gaz już zdrożał) Jarosław Kaczyński chce wsadzać Putinowi i Miedviediewowi palec w oko za zbrodnie sprzed 70 lat, których w dodatku nie oni dokonali? Wyobraźcie sobie reakcję władz rosyjskich nad tablicą w Smoleńsku, z której bije oskarżenie o ludobójstwo. Wczorajsza wzmianka o tym miała charaktery ściśle geograficzny, była zupełnie apolityczna. Ale skoro gramy z Rosją w politykę i odgrzebujemy stare rany, to nie sposób o tym nie wspomnieć.

I oby to był jeden z ostatnich postów na ten temat. Dajcie żyć!

sobota, 9 kwietnia 2011

Rocznicowy

Co prawda rocznica feralnego 10 kwietnia dopiero jutro, ale nasi politycy w dbałości o to, byśmy nie zapomnieli o katastrofie, ciągle wynajdują jakieś sensacje związane z wydarzeniami sprzed roku. Temat jest do obrzydzenia wałkowany, więc co za różnica, czy dziś czy jutro piszę tego posta. Póki PiS i jaśnie Prezes nie uznają, że pamięć Lecha została godnie upamiętniona nie będzie spokoju.

No i znów się wrzawa podniosła, bo Rosjanie podmienili tekst na tablicy w Smoleńsku. Zniknął zapis o tym, że 96 poległych osób zginęło w drodze na uroczystości katyńskie. No jak oni mogli? Ano, mogli. Kto tego nie rozumie - wyjaśniam:

Ich piaskownica - ich zabawki
Tablica leży na terytorium Rosji, polaczki - won. Rosja ma święte prawo do robienia co jej się podoba na swoim własnym terytorium, nie pytając kogokolwiek o zdanie. Zwłaszcza Polski, zwłaszcza rusofoba Kaczyńskiego, przez którego niedbałe podskakiwanie Putinowi mamy gaz, jeśli nie najdroższy, to w pierwszej trójce najwięcej płacących za ten gaz. Komu płacimy? Rosji.

Przyszłe pokolenia Rosjan też niech wiedzą, co się działo
Ze względu takiego samego, jak powyżej nie powinna tam też leżeć tablica tylko w języku Polskim. Bardzo dobrze, że Rosjanie dbają o to, żeby ich rodacy również umieli przeczytać, co się wydarzyło w smoleńskim lesie. Nie tylko ci współcześni, ale potomkowie Rosjan również się doczytają, co upamiętnia ta tablica.

Usunięcie wzmianki o Katyniu
Dla nierozumiejących tego powodu również śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż, jeśli się trochę pomyśli, a nawet (co jest wygodniejsze) nie trzeba myśleć, wystarczy mapa - to raczej oczywistym jest, że ze Smoleńska najbliżej jest do Katynia. Z tego samego powodu jest oczywistym, że jeżeli do Smoleńska udawał się jakiś lot, to raczej na pewno na uroczystości związane z Katyniem. W związku z tym dodawanie tego na tablicy jest zbędne. No chyba, że ktoś w smoleńskim lesie zbierał grzyby, ale to raczej nie jest warte upamiętnienia.

Podobnie nie upamiętniono oficjalnie śmierci rosyjskiej carycy Katarzyny II. Jak zmarła wiadomo, ze źródeł historycznych, nie z nagrobka. Tak na marginesie, nie ma co ukrywać, była to postać o wiele bardziej zasłużona dla swojego narodu, niż ofiary spod Smoleńska.

Wzmiankę o Katyniu usunięto również wzorem innych nagrobków. Na żadnym nie odczytacie dokąd udawały się pochowane osoby, najwyżej okoliczności. Wyobraźcie sobie:

Jan Kowalski
15.02.1937 - 21.07.2010
Żył lat 77
Zmarł potknąwszy się o schody
w drodze po ziemniaki do piwnicy
Pokój jego duszy

To jest tak samo śmieszne i żałosne, jak comiesięczne zgromadzenia na placu prezydenckim, gdzie Lech Kaczyński pracował, jako prezydent. Dlaczego tam trafiają znicze i kwiaty? Czy ktokolwiek z was kładł wieńce pod firmą, w której pracujecie, gdy zdarzała się śmierć kolegi z pracy? Szczerze wątpię.

Czysta polityka. I pomyśleć, że jutro będzie jeszcze gorzej, bo okrągły rok po katastrofie.

piątek, 1 kwietnia 2011

Zwyrodnialczo i obrazoburczo

Moderacja Wirtualnej Polski ma najwyraźniej pełne ręce roboty, bo wrzucili ciekawy temat, a komentarze takie, że ręce i nogi opadają. Zastanawiam się, czy odrzucają jakieś naprawdę sensowne wypowiedzi, czy siedzą i odfiltrowują totalne bzdury, łańcuszki, reklamy i prowokacje.

Ukazał się artykuł, w którym kobiety zaczęły masowo się przyznawać, taki "coming out", jak już jedna zacznie to poszły konie po betonie. A zaczęły się przyznawać do tego, że pochodzą z kazirodczych związków. I zaraz, jak to w naszym teoretycznie świeckim kraju, gdzie krzyż może wisieć, tam zaraz wisi, choć tylko może, rozpętała się dyskusja. Zaczęli ludzie, którzy dopatrzyli się kazirodztwa w Biblii. Oczywiście wielce urażeni wierzący nie mogli nie pozostać bez odpowiedzi. Oczywiście się skompromitowali. Ale czy to pierwszy raz?

Kościół, czyli księża i ich stada bara... owieczek, wierzących... interpretują biblijne historie, jak im wiatr zawieje. Raz nauczają, że dosłownie, a raz, że to tylko przypowieści do interpretacji, żeby uniknąć ognia trudnych pytań i wątpliwości. Ale żeby mieć takie pytania i wątpliwości trzeba najpierw myśleć, a kościół nie jest instytucją od myślenia, tylko od ślepej wiary i zabobonów. Tak ksiądz powiedział i tak ma być.

Stwierdzenie: Czystość genów umożliwiała kazirodztwo.
Odpowiedź: Jaka czystość, jakich genów? Ludzie piszący księgę rodzaju nawet nie zastanawiali się, czy Ziemia, którą przemierzają jest płaska, na wszelkie choroby lekiem była modlitwa, zamiast pigułki nafaszerowanej chemią, a wy mi tu czystości genów wyjeżdżacie. Oni nawet o tym nie słyszeli.

Stwierdzenie: Adam i Ewa nie byli jedynymi ludźmi stworzonymi przez Boga bezpośrednio.
O: Oczywiście, że nie byli! W takim razie Biblia już od księgi rodzaju kłamie, przepraszam, zataja prawdę. Bóg katolicki musiał stworzyć więcej ludzi, o których nie wspomniano. O czym więc jeszcze nie wspomniano w Biblii? Strach pomyśleć. Badaczy odsyłam do apokryfów.

Jest też inne rozwiązanie i aby samodzielnie dowieść słuszności uzasadnienia, dlaczego jest dużo bardziej prawdopodobne, sam wam wydam pewne "przykazanie". Dla wszystkiego postaram się, by miało podniosły, biblijny ton. Oto i ono:

Nie będziesz poszukiwał innego ojca i innej matki, ani żadnych innych rodziców niż ci, z których powstałeś z połączenia ich komórek płciowych.

Przeczytawszy, zastanówcie się, które przykazanie wam to przypomina. Jeśli nie potraficie skojarzyć, to dalej zastanówcie się, czy podczas czytania choćby przez chwilę nie przeszła wam przez głowę myśl, czy w ogóle w świetle posiadanej przez was wiedzy o waszej rodzinie i pochodzeniu, jest możliwe złamanie tego przykazania? A jeśli jest, to jak drastycznie wpłynie na postrzeganie przez was rzeczywistości. Gdybyście nie mieli drugiej matki i drugiego ojca, nikt by wam nie mówił "Nie będziesz poszukiwał". Identycznie sprawa ma się z przykazaniem, do którego jest to nawiązanie - "Nie będziesz miał innych bogów przede mną". Tym zakazem Bóg sam daje znać swoim wyznawcom, że nie jest jedynym.

Tak więc mamy do czynienia z ewidentnym kazirodztwem, a jeśli nie to z łatwością dającym się obalić twierdzeniem, że religia chrześcijańska jest monoteistyczna.

Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz kościół robi wiernych w balona :)

--

Pozdrawiam przy okazji ewentualnych przybyłych czytelników racjonalisty, jeśli tu trafili i dostrzegli podobieństwo między powyższym tekstem, a jednym z tekstów stamtąd ;)

sobota, 26 marca 2011

Skarb państwa traci, czy nie zarabia...?

W tytułowym pytaniu nie do końca wiadomo o co chodzi, bo zależnie z której strony spojrzeć jest raz tak, a innym razem inaczej. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A o pieniądzach ostatnio mówi się dość dużo w kontekście cen żywności. Cukru zwłaszcza.

Otóż okazuje się, że ceny cukru trafiły na kosmiczny poziom. Za kryształki, bez których poranna kawa nie smakuje już tak wspaniale, płacimy około 3 razy więcej niż jakiś miesiąc-dwa temu. Oczywiście winny wszystkiemu jest nie kto inny, a premier Donald Tusk. Tak przynajmniej wynika z wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego. Ale, gdyby Jarosław zdjął klapki z oczu i włożył na przykład Google, poszukał światowych cen cukru, to zapewne zacząłby wmawiać Polakom, że "Donald Tusk jest winien wzrostom cen cukru, na całym świecie".

No niestety, Polska nie Jest Najważniejsza. Światowe ceny cukru odbijają się czkawką na naszym rynku. Wystarczy spojrzeć na wykres światowych cen cukru. Czarno na białym wynika z niego, że ceny cukru przez ostatnie 10 lat wzrosły sześciokrotnie(!) na całym świecie. Oczywiście świat Jarosława Kaczyńskiego kończy się na osiedlowym sklepiku, gdzie - możliwe, że samodzielnie pierwszy raz w życiu - zrobił zakupy. Tak, jak my prawdziwi Polacy, codziennie robimy. Podjeżdżamy pod sklep limuzyną, w towarzystwie tragarzy, czekają na nas kamery, dziennikarze, płacimy gotówką, bo nie umiemy korzystać z karty, tudzież nie mamy konta, i po wszystkim udzielamy wywiadów wylewając na Donalda Tuska wiadro pomyj. Obrażamy przy okazji klientów Biedronki, nazywając ich biednymi. Portugalia stanęła na skraju bankructwa, a taka reklama Biedronki (właścicielem Biedronki jest portugalska Jerónimo Martins) z pewnością im się przyda. Polacy przez ceny cukru też nie mogą zbankrutować, dlatego pojawiła się obietnica dodatku drożyźnianego. A przepraszam bardzo - z czyjej kieszeni zostanie od wypłacony? Bo chyba nie z kieszeni Jarosława. Mnie osobiście cukier kosztuje niecałą złotówkę miesięcznie. Używam go głównie do kawy w pracy i 1kg opakowanie stoi w szafce już koło 2-3 miesięcy. PiSowskie, populistyczne słodzenie za to będzie drogo kosztować tego, kto wygra najbliższe wybory. Bo kto nam więcej da, niż PiS może obiecać...

Tak, jak i na osiedlowych sklepikach świat się nie kończy, tak lista potrzeb człowieka nie kończy się na cukrze. Na pewno, jak się obserwuje to, co się dzieje, to nieraz nachodzi człowieka chęć sięgnięcia po papierosa i zaciągnięcia się z nerwów. To jest dopiero drożyzna. Wiedzieliście, że gdyby nie akcyzy, podatki i
inne haracze, paczka papierosów nie kosztowałaby ponad 9, a zaledwie 1-2 zł? To jest dopiero okradanie obywateli. I to jest dobre, państwo z tym nie walczy. A przecież podatnika-palacza nie obchodzi, czy niszczy sobie zdrowie na nielegalnych, czy legalnych używkach. Gdybym miał płacić za paczkę papierosów niemal 10 razy mniej, to pewnie że bym wybrał tą z nielegalnego obrotu. Państwo by i tak mi się za to zrewanżowało w formie policjanta, wlepiającego mi mandat za palenie w miejscu publicznym. Nawet gdyby to był legalny papieros, nie byłoby żadnej ulgi. 500 zł z kieszeni, jak drut. Jakieś 80 paczek cukru. W informacji podane było, że państwo straciło na wartości tych papierosów. Cóż, moim skromnym zdaniem jest różnica między "stracić" i "nie zarobić". Wydaje mi się też, że uzależnienie od papierosów jest silniejsze, niż od cukru i nacisk na obniżanie cen idzie nie w tym kierunku, co trzeba, ale ja truskawki cukrem... wróć... za drogo, słodzikiem posypuję.

Dobrze, że alkohol wciąż w cenie. Idę do sklepu. Szykujcie kamery.

sobota, 26 lutego 2011

SMS-owy

Dziś na temat SMS-a, być może zapraszającego do udziału w konkursie. Nie, nie u mnie, niestety. Domniemany konkurs organizuje Orange. I spamuje użytkowników. Dostałem SMS-a:
"Wzywamy do potwierdzenia, czy numer 503xxxyyy jest Państwa? Jeśli tak, GRATULUJEMY! Proszę wysłać SMS o treści ORANGE na 60400".
I dalej informacja o regulaminie i kosztach.

Nie dość, że zapychają mi telefon takimi bzdurami, to jeszcze wiadomość jest nie do mnie. Numer się zgadza, ale ten numer nie jest Państwa, do jasnej ciasnej, tylko mój - nie "Państwa", tylko "Pana" jeśli już. "Pana", którego Orange powinno znać, bo ma go w bazie abonentów. Imię, nazwisko, datę urodzenia, nawet PESEL, numer i serię dowodu. I zawracają człowiekowi głowę bzdurami. Nawet nie wiadomo, po co mam potwierdzać, że to mój numer, bo ani słowa o tym, a odnośnik do regulaminu to bzdura, bo jest mowa tylko o głównej stronie Orange. Czysta głupota. Nie mam ochoty na szukanie. Poza tym, czy jeśli odpiszę na tego SMS-a to mam pewność, że nie zaspamują mnie w przyszłości jeszcze bardziej? Ten SMS był bardziej debilny niż ten o gwarantowanych nagrodach, wymagających potwierdzenia.

Na ten temat była swego czasu fajna historia. Sprawa pani Barbary, która dostała SMS'a o wygranym BMW. Miała tylko potwierdzić SMS-em zwrotnym. I co zrobiła? Poszła osobiście do centrali rozsyłającej ten chłam, narobiła dymu, że ona wygrała, nie będzie niczego potwierdzać i chce kluczyki. Kobieta, którą tam zastała tylko nabrała wody w usta, a jeśli już coś odpowiedziała, to były to wyrecytowane formułki z regulaminu. I za to straciła laptopa. Jak to, straciła? Normalnie, Pani Basia zwinęła jej z biurka na odchodne. I konkursów o BMW nie ma.

A wracając do cytowanego SMS-a. Kolejnym przejawem głupoty jest samo żądanie potwierdzenia. Z jednej strony dopytują się czyj to numer, a tylko nie zapłać w porę rachunku... w BOK-u od razu znajdą dane osobowe pasujące do zablokowanego numeru :)

Pozdrawiam

(Pan) Ł. W.

PS.
Ten post jest jednocześnie dowodem na to, że najlepiej nic nie pisać na siłę, a komentować na bieżąco. Opisywana sytuacja miała miejsce dosłownie w przeciągu ostatniej godziny.

sobota, 19 lutego 2011

Jarek bloguje

Postanowiłem na chwilę odpocząć od polityki i znaleźć inny temat, który mnie "bolał", ale się nie da... Po prostu Przy żadnej innej okazji, niż cała ta paplanina polityczna, nie otwiera mi się nóż w kieszeni... Zwłaszcza jak głos zabiera PiS z "prezesem" na czele. A "prezes" wzbudził nie byle sensację - założył bloga. Mając na myśli "założył" należy jednak się spodziewać, że prowadzą go za niego jego najbliżsi wazelinia... tfu... współpracownicy. I nie było w tym nic dziwnego, że powstał ten blog, w końcu "prezes" chce być modny i też mieć czytelników (bo kto nie czyta dziś bloga Palikota, Senyszyn, albo Korwina-Mikke i innych?), żeby kiedyś nie stwierdził:

Osobiście nie jestem zwolennikiem zmuszania ludzi do brania udziału w wyborach ani też znacznych ułatwień jeśli chodzi o oddawanie głosu. Akt głosowania powinien być według mnie czynnością poważną, świadomą, wymagającą pewnej fatygi. Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez Internet chcą tę powagę odebrać. Dlaczego? Wiadomo, kto ma przewagę w Internecie i kto się nim posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować na kogo ma zagłosować.

Jest wypowiedź dość często wypominana w komentarzach pod debiutanckim postem na blogu. I, o dziwo, żaden wpis zawierający ten cytat jeszcze nie został stamtąd usunięty. A przecież PiS tak chce dbać o swój wizerunek, że rozważa cały czas zajęcie się monitoringiem polskiego internetu. Stworzyli sobie właśnie miejsce do kontroli, które powinno być pierwszym, jedynym i ostatnim miejscem do takich praktyk. Zatem czyżby zezwolenie na zamieszczanie powyższego tekstu oznaczało, że inicjatywa kontroli co, kto i gdzie pisze, była tylko straszakiem? Same puste słowa, zero konkretnych działań i efektów.

A jest co komentować, bo treść posta nie odbiega od tego, co PiS prezentuje w mediach, czysta teoria. Demagogia. Poza tym nudna, długa, pozbawiona sensu i logiki. Mowa o bogaceniu się obywateli. Jaki model państwa to zapewni? Na blogu czytamy, że "Bogactwo poszczególnych Polaków może być trwałe tylko wtedy, gdy będzie się opierać na bogactwie Polski".

Zastanówmy się przez chwilę: bogate państwo, dzięki bogatym Polakom, czy Polacy bogaci, dzięki bogatej Polsce? Polacy nie będą bogaci, jeśli Polska nie będzie bogata. A jeżeli przyjmiemy forsowany przez "prezesa" jego "patriotyzm gospodarczy", to sami powinniśmy sobie zagwarantować wspomniane bogactwo. Powstanie zamknięty obieg, w którym przyrost bogactwa zostanie sztucznie wygenerowany przez różnego typu podatki. Bogactwo "patriotycznej gospodarczo" Polski w takim ujęciu zostanie zwiększone tylko przez to, że żyją w niej bogaci obywatele. A bogaty obywatel to taki, który zdobył swój majątek dzięki temu, że państwo, czy inni obywatele, których na pewien wydatek stać, mu coś, umówmy się, że dali. Umówmy się dlatego, że, o ile Polacy kupując różne dobra jedni od drugich, przyczyniają się w ten sposób do wzajemnego powiększania swoich majątków, to państwo nigdy nic obywatelowi nie dało. Obywatel jeśli coś chciał od państwa, musiał to sobie najpierw zagwarantować odprowadzając różnego typu składki i podatki uchwalone przez ekipy rządzące na przestrzeni wielu lat. Przykłady można mnożyć i mnożyć.

Pierwszy z brzegu - "darmowe" leczenie przez NFZ finansowane jest przez nas samych ze składek na służbę zdrowia, odprowadzanych z naszych ciężko zarabianych pieniędzy. Ubezpieczenie emerytalne z ZUS/OFE, to także pieniądze, które sami sobie odkładamy na późne lata. Z tym, że ten drugi działa jeszcze o tyle mądrze, że stara się te oszczędności pomnożyć przez inwestycje w papiery wartościowe. Co jednak nie zawsze wyjdzie na dobre, patrz kryzys finansowy i wyniki giełd.

Idea "patriotyzmu gospodarczego" mocno pachnie, żeby nie powiedzieć śmierdzi, lewicowym nacjonalizmem. Polska nie jest krajem, w którym obywatele w sposób lekki łatwy i przyjemny osiąga stan zamożności. Raz, że przeciętny Kowalski, aby ze spokojem przeżyć "od pierwszego do pierwszego" musi najpierw zapracować na wypłatę dla szefa i kapitał firmy, w której pracuje. Szef z kolei ze swojej wypłaty odprowadza NFZ, ZUS, PIT, CIT, VAT i inne HGW, co jeszcze. A dwa, to że pracownika obowiązuje niemalże dokładnie to samo. Nie dość, że zarobił na szefa i jego wydatki, to jeszcze oddaje do kasy państwa identyczne potrącenia ze swojej strony. To się ładnie nazywa "wynagrodzenie netto" ("na rękę") i "wynagrodzenie brutto". Oczywiście dla państwa liczą się dochody "brutto", i na przykład jeżeli zarabiasz ~1700 zł brutto, nie należy ci się renta socjalna, którą ty dostaniesz "na rękę" (bo oczywiście opodatkowana) w wysokości 525,88 zł, ale już netto. Co więcej, renta wyznaczana jest przez wskaźnik minimalnego wynagrodzenia, który w tym roku wzrasta. A zgadnijcie, co z progiem wynagrodzenia, od którego zawieszą rentę? Tak, dokładnie, bez zmian. Oczywiście mowa o kwocie brutto. Dlaczego czepiam się rozróżnienia netto-brutto? Panowie, pochwalcie się dziewczynie, że macie półmetrowe penisy. Wow! Ale zaraz... to jest, długość "brutto" - z kręgosłupem. Nie, dziękuję, dla mnie masz 15 cm, żegnam.

Tak więc państwo z nas zdziera na każdym kroku, dając nam tylko to, co my sami sobie wypracowaliśmy, a "prezes" namawia jeszcze do zwiększenia wewnętrznego zaangażowania w budowanie gospodarczej siły państwa wycierając sobie gębę patriotyzmem? Mówicie, że Platforma nic nie robi. I dobrze, nie będzie nic robiła z gospodarką, bo ilekroć rząd wsadza ręce do gospodarki, to są kłopoty. Mamy wolny rynek, jakość prywatnych usług jest na wiele wyższym poziomie niż państwowy. Problem "Polski A" i "Polski B" wynika z tego, że państwo w zbyt dużym stopniu angażuje się w gospodarkę, zamiast uprościć biurokrację i możliwości Polaków pod względem pozyskiwania prywatnego kapitału, bez którego nie zwiększy się kapitał Państwa. Prywatni z "Polski A" oferują swoje usługi na wyższym poziomie, biorą za nie więcej pieniędzy, które prędzej, czy później trafią do kasy państwa. W "Polsce B" zaś obywatel płaci za usługi w podatkach, które przejadane są przez urzędników, np. władzę sądowniczą, która za czasów "prezesa" i ministra Ziobry mogła się poszczycić co najwyżej zwiększoną ilością konferencji prasowych, nie zaś wynikami działania, co zresztą słusznie przyznał, że od wielu wieków wymiar sprawiedliwości działa niesprawnie. Nawet wspomniana przez prezesa informatyzacja, której zapewne nawet nie on dokonał, nic nie wniosła.

Informatyzacja za to wniosła to, że mógł powstać powyższy tekst. Zarówno dlatego, że powstał blog "prezesa", jak i mój. Zobaczymy, czy będzie co dalej komentować.

środa, 12 stycznia 2011

Raport MAK z katastrowy ujawniony

No i doczekaliśmy się. Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) ujawnił raport z katastrofy rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem z 10 kwietnia 2010. Po 9 miesiącach dowiedzieliśmy się, kto jest tak naprawdę odpowiedzialny za śmierć 96 osób.

Kto nie czytał raportu niech łaskawie zamknie jadaczkę i czyta.

Kto sądzi, że Polska oddała śledztwo Rosji, również powinien zapoznać się z raportem, z którego wyraźnie wynika, że nie tylko oni to prowadzili. Był Edmund Klich, Polacy, Rosjanie, Amerykanie (tak panie Macierewicz, pana wylot z panią Fotygą był absolutnie zbędny), którzy dekodowali dane z dwóch przyrządów, bo były ich produkcji. W śledztwie nawet brali udział Azerowie i Uzbecy. Ale nie, Rosja sama bada sprawę, na pewno coś przekręci.

Nawaliła załoga samolotu, która zbyt późno podjęła decyzje kluczowe dla przebiegu zdarzeń. I nie ma dalszej dyskusji. Pilotom brakowało przeszkolenia to raz, a dwa - na pokładzie był podpity (0,6 promila alkoholu we krwi, spożytego na pokładzie - brak śladów w nerkach) generał Błasik.

Pomyślicie sobie pewnie, co on za głupoty pieprzy, pijany pasażer nie miał wpływu na to, jak mógł lecieć samolot. No dobra, ale ten pijany pasażer siedząc w salonce nie ma nic do gadania, bo za sterami siedzi kapitan Protasiuk, który odpowiada w tym momencie za lot. Takie bajki to możecie sobie opowiadać jeżdżąc z rodzinką na grzyby do lasu i wspominając jak to trzeźwy syn zagadany przez ojca, który wypił o dwa Żubry za dużo, rozwalił samochód. To jest wojsko i w momencie, gdy do kabiny z dowodzącym kapitanem (młodszy stopień) za sterami wchodzi generał (starszy stopień), to nawet choćby był po flaszce i się wczołgał na kolanach, to on jest od teraz dowodzącym i wydaje rozkazy kapitanowi za sterami. Ale cóż, wojsko nie jest teraz przymusowe, w szkołach jest więcej religii niż przysposobienia obronnego, mają prawo ludzie nie wiedzieć. Na tej zasadzie możecie sobie wyobrazić, że w momencie prowadzenia mszy (samolotu) przez księdza (kapitana), z polecenia papieża (prezydenta) wchodzi do kościoła (kabiny samolotu) biskup (generał) i rozkazuje księdzu (kapitanowi - j/w), co ma robić. Podskoczycie wtedy? Nie wydaje mi się...

Presja na załogę była tak ogromna, że nawet w końcowej fazie, gdy odzywał się TAWS, pomylili przyciski na pulpicie. Przede wszystkim organizacja czasowa była niewłaściwie przygotowana. Lądowanie pół godziny wcześniej zakończyłoby się powodzeniem, bo nie było aż takiej mgły. Według raportu widoczność spadła w ciągu 6 minut o ponad połowę. Jak (nie pytajnik, tylko taki samolot) wylądował wcześniej i mimo rozmów z załogą Tu-154M, nic nie zameldował o tym, jak go wieża naprowadzała, bo widocznie takich problemów nie miał. Wskazywałoby to na fakt, że latali w nim lepsi piloci. Proste, jak drut.

Oczywiście takie argumenty są krzywdzące dla Polski. Wielka wredna Rosja nas skrzywdziła, upokorzyła i pokazała nasze miejsce. Nie, do jasnej... SAMI SIĘ SKRZYWDZILIŚMY! Wystarczył trzeźwy generał na pokładzie i bardziej ogarnięci piloci, a można było uniknąć całej katastrofy. W raporcie są szczegółowe uwagi, co należało zrobić, gdy samolot wymknął się spod kontroli pilotów. Oczywiście znając nadętego bufona Kaczyńskiego, będzie teraz podskakiwał, by Rosja zmieniła zdanie. A Rosja może zmienić zdanie w formie... embarga. Przykręcą nam kurek z gazem, a wtedy leżymy i kwiczymy. Wystarczy, że przestaną od nas kupować różne towary eksportowe i nie będzie kasy.

Lepiej więc dla nas będzie podkulić ogon, przyznać się do winy i utrzymać wypracowane stosunki z Rosją, bo jest co stracić...