No i doczekaliśmy się. Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) ujawnił raport z katastrofy rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem z 10 kwietnia 2010. Po 9 miesiącach dowiedzieliśmy się, kto jest tak naprawdę odpowiedzialny za śmierć 96 osób.
Kto nie czytał raportu niech łaskawie zamknie jadaczkę i czyta.
Kto sądzi, że Polska oddała śledztwo Rosji, również powinien zapoznać się z raportem, z którego wyraźnie wynika, że nie tylko oni to prowadzili. Był Edmund Klich, Polacy, Rosjanie, Amerykanie (tak panie Macierewicz, pana wylot z panią Fotygą był absolutnie zbędny), którzy dekodowali dane z dwóch przyrządów, bo były ich produkcji. W śledztwie nawet brali udział Azerowie i Uzbecy. Ale nie, Rosja sama bada sprawę, na pewno coś przekręci.
Nawaliła załoga samolotu, która zbyt późno podjęła decyzje kluczowe dla przebiegu zdarzeń. I nie ma dalszej dyskusji. Pilotom brakowało przeszkolenia to raz, a dwa - na pokładzie był podpity (0,6 promila alkoholu we krwi, spożytego na pokładzie - brak śladów w nerkach) generał Błasik.
Pomyślicie sobie pewnie, co on za głupoty pieprzy, pijany pasażer nie miał wpływu na to, jak mógł lecieć samolot. No dobra, ale ten pijany pasażer siedząc w salonce nie ma nic do gadania, bo za sterami siedzi kapitan Protasiuk, który odpowiada w tym momencie za lot. Takie bajki to możecie sobie opowiadać jeżdżąc z rodzinką na grzyby do lasu i wspominając jak to trzeźwy syn zagadany przez ojca, który wypił o dwa Żubry za dużo, rozwalił samochód. To jest wojsko i w momencie, gdy do kabiny z dowodzącym kapitanem (młodszy stopień) za sterami wchodzi generał (starszy stopień), to nawet choćby był po flaszce i się wczołgał na kolanach, to on jest od teraz dowodzącym i wydaje rozkazy kapitanowi za sterami. Ale cóż, wojsko nie jest teraz przymusowe, w szkołach jest więcej religii niż przysposobienia obronnego, mają prawo ludzie nie wiedzieć. Na tej zasadzie możecie sobie wyobrazić, że w momencie prowadzenia mszy (samolotu) przez księdza (kapitana), z polecenia papieża (prezydenta) wchodzi do kościoła (kabiny samolotu) biskup (generał) i rozkazuje księdzu (kapitanowi - j/w), co ma robić. Podskoczycie wtedy? Nie wydaje mi się...
Presja na załogę była tak ogromna, że nawet w końcowej fazie, gdy odzywał się TAWS, pomylili przyciski na pulpicie. Przede wszystkim organizacja czasowa była niewłaściwie przygotowana. Lądowanie pół godziny wcześniej zakończyłoby się powodzeniem, bo nie było aż takiej mgły. Według raportu widoczność spadła w ciągu 6 minut o ponad połowę. Jak (nie pytajnik, tylko taki samolot) wylądował wcześniej i mimo rozmów z załogą Tu-154M, nic nie zameldował o tym, jak go wieża naprowadzała, bo widocznie takich problemów nie miał. Wskazywałoby to na fakt, że latali w nim lepsi piloci. Proste, jak drut.
Oczywiście takie argumenty są krzywdzące dla Polski. Wielka wredna Rosja nas skrzywdziła, upokorzyła i pokazała nasze miejsce. Nie, do jasnej... SAMI SIĘ SKRZYWDZILIŚMY! Wystarczył trzeźwy generał na pokładzie i bardziej ogarnięci piloci, a można było uniknąć całej katastrofy. W raporcie są szczegółowe uwagi, co należało zrobić, gdy samolot wymknął się spod kontroli pilotów. Oczywiście znając nadętego bufona Kaczyńskiego, będzie teraz podskakiwał, by Rosja zmieniła zdanie. A Rosja może zmienić zdanie w formie... embarga. Przykręcą nam kurek z gazem, a wtedy leżymy i kwiczymy. Wystarczy, że przestaną od nas kupować różne towary eksportowe i nie będzie kasy.
Lepiej więc dla nas będzie podkulić ogon, przyznać się do winy i utrzymać wypracowane stosunki z Rosją, bo jest co stracić...
środa, 12 stycznia 2011
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Po trupach do celu
"Nie wierzył nikt, wątpiło wielu, A Jarek na to po trupach do celu, po trupach do celu". Te słowa usłyszeliśmy kiedyś z ust duetu prowadzących "Poranny WF" na antenie Radia ZET, Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego. Wtedy to "wątpiło wielu" odnosiło się do tego, czy zmarłemu prezydentowi w ogóle należy się pochówek w Krakowie. Dziś, po 9 miesiącach od katastrofy, są kolejne wątpliwości, ale nie ze strony narodu, ale ze strony części rodzin ofiar.
Przynajmniej tej części reprezentowanej przez pana, za przeproszeniem, mecenasa Rogalskiego. Nie tak dawno mieliśmy okazję podziwiać panią Gosiewską i Wassermann, które ubolewały nad faktem, że nie wiedzą, co jest w trumnach, w której rzekomo leżą ich mężowie. Ucichło...
Obudził się natomiast z haju, wywołanego silnymi lekami uspokajającymi, Jarosław Kaczyński i w zmowie z hieną cmentarną, Rogalskim zgodnie twierdzą, że ciało Lecha Kaczyńskiego przywiezione do Polski, to nie to samo ciało, które Jarosław rozpoznał w Smoleńsku. Powodem wątpliwości podobno jest to, że "materiał dowodowy, który dotyczy tych wątpliwości nie był przekazywany przez stronę rosyjską w jednakowym czasie". To dlaczego nie w owym czasie mówiliście o tych wątpliwościach? Na miejscu byli funkcjonariusze BOR, którzy raczej wiedzieli, co filmowali. I jeżeli mecenas o filmie dowiaduje się dopiero z gazety, to należy poddać wątpliwości uwagę, jaką przykłada do wykonywania swoich zadań, reprezentując rodziny ofiar. Swoją drogą czy BOR ma obowiązek udostępniania materiałów operacyjnych komukolwiek poza prokuraturą prowadzącą śledztwo?
Kolejnym właściwym w tym miejscu pytaniem, byłoby to zadane przez Anitę Werner w "Faktach po Faktach" w TVN24:
Zatem jeżeli nie jest to właściwy temat do rozmowy i jest to tak delikatna sprawa, to co pajac Rogalski robi w tym programie? Każde pytanie zadane w jego kierunku jest natychmiast odbijane z usprawiedliwieniem, że to jest zbyt delikatna sprawa by o tym rozmawiać. No ja rozumiem, że facet promuje się w telewizji, ale niech jeszcze coś mówi, oprócz tego, że tylko tam wygląda, a i z tym u niego nie najlepiej. Sam już na wstępie programu wyjaśnił powód swojego odbijania piłeczki bez podpowiedzi:
Nie chcąc się zniżać do poziomu "GW" unika komentowania treści artykułu. Nie lepiej wypadł, w kwestii wątpliwości co do zawartości trumny, Jarosław. Z pełnym przekonaniem i świadomością łamania przepisów, stwierdził:
Rzecznik prasowy Naczelnej Prokuratury Wojskowej, jak i mąż córki prezesa PiS - Marcin Dubieniecki (którego nazwisko, zaczęło po 10.04 być coraz częściej obecne w mediach), nie mieli za to absolutnie żadnych wątpliwości.
Zatem mamy remis.
---
Swoją drogą, zastanawialiście się nad tym, że prezydent leży w Krakowie, jego postawiony na życzenie Jarosława symboliczny grób znajduje się na Powązkach, a sam Jarosław każdego dziesiątego dnia miesiąca składa wieniec kwiatów pod Pałacem Prezydenckim?
Przynajmniej tej części reprezentowanej przez pana, za przeproszeniem, mecenasa Rogalskiego. Nie tak dawno mieliśmy okazję podziwiać panią Gosiewską i Wassermann, które ubolewały nad faktem, że nie wiedzą, co jest w trumnach, w której rzekomo leżą ich mężowie. Ucichło...
Obudził się natomiast z haju, wywołanego silnymi lekami uspokajającymi, Jarosław Kaczyński i w zmowie z hieną cmentarną, Rogalskim zgodnie twierdzą, że ciało Lecha Kaczyńskiego przywiezione do Polski, to nie to samo ciało, które Jarosław rozpoznał w Smoleńsku. Powodem wątpliwości podobno jest to, że "materiał dowodowy, który dotyczy tych wątpliwości nie był przekazywany przez stronę rosyjską w jednakowym czasie". To dlaczego nie w owym czasie mówiliście o tych wątpliwościach? Na miejscu byli funkcjonariusze BOR, którzy raczej wiedzieli, co filmowali. I jeżeli mecenas o filmie dowiaduje się dopiero z gazety, to należy poddać wątpliwości uwagę, jaką przykłada do wykonywania swoich zadań, reprezentując rodziny ofiar. Swoją drogą czy BOR ma obowiązek udostępniania materiałów operacyjnych komukolwiek poza prokuraturą prowadzącą śledztwo?
Kolejnym właściwym w tym miejscu pytaniem, byłoby to zadane przez Anitę Werner w "Faktach po Faktach" w TVN24:
- Dlaczego my dowiadujemy się o tym publicznie dopiero osiem miesięcy po katastrofie? - spytała Werner.
- To, że my w ogóle rozmawiamy o tym nie jest chyba do końca właściwe, dlatego, że jest to sprawa bardzo delikatna dla rodziny pana prezydenta - powiedział Rogalski.
Zatem jeżeli nie jest to właściwy temat do rozmowy i jest to tak delikatna sprawa, to co pajac Rogalski robi w tym programie? Każde pytanie zadane w jego kierunku jest natychmiast odbijane z usprawiedliwieniem, że to jest zbyt delikatna sprawa by o tym rozmawiać. No ja rozumiem, że facet promuje się w telewizji, ale niech jeszcze coś mówi, oprócz tego, że tylko tam wygląda, a i z tym u niego nie najlepiej. Sam już na wstępie programu wyjaśnił powód swojego odbijania piłeczki bez podpowiedzi:
- "Gazeta Wyborcza" po pierwsze manipuluje faktami oraz dowodami. I to jest rzecz podstawowa. Gdyby znała całość materiału dowodowego z całą pewnością artykuł wyglądałby inaczej - stwierdził mecenas Rogalski.
Nie chcąc się zniżać do poziomu "GW" unika komentowania treści artykułu. Nie lepiej wypadł, w kwestii wątpliwości co do zawartości trumny, Jarosław. Z pełnym przekonaniem i świadomością łamania przepisów, stwierdził:
- Mam podstawy - ale takie są w Polsce przepisy, że nie mogę głośno o tym mówić - żeby uznać, że w trakcie sekcji przeprowadzonej w Smoleńsku nie wszystkie części ciała, które tam były, należały do prezydenta Rzeczypospolitej - powiedział prezes PiS.
Rzecznik prasowy Naczelnej Prokuratury Wojskowej, jak i mąż córki prezesa PiS - Marcin Dubieniecki (którego nazwisko, zaczęło po 10.04 być coraz częściej obecne w mediach), nie mieli za to absolutnie żadnych wątpliwości.
Zatem mamy remis.
---
Swoją drogą, zastanawialiście się nad tym, że prezydent leży w Krakowie, jego postawiony na życzenie Jarosława symboliczny grób znajduje się na Powązkach, a sam Jarosław każdego dziesiątego dnia miesiąca składa wieniec kwiatów pod Pałacem Prezydenckim?
niedziela, 12 grudnia 2010
Mam talent
Od razu na wstępie zaznaczam, że nie oglądałem ani jednej edycji. Widziałem za to występy finalistów. I zabolało mnie, co następuje:
Ona ma talent...
I on ma talent...
Wygrała ta pierwsza. A JA na ten temat mam do powiedzenia tyle: i co z tego?
Po pierwsze - nie dla niej ten repertuar. Dopiero co przestała na chleb mówić "pep" i już śpiewa "kocham cię życie". Czy może kochać życie ktoś, kto praktycznie dopiero je zaczyna, bo jeszcze nawet nie wkroczył w dorosłość i prawdziwego życia nie poznał, nie dojrzał? Wykonywanie takich utworów nie uczyni jej dojrzalszej. Choć może w tej chwili utożsamia się z tymi słowami, ale jeszcze nieraz będzie miała "pod górkę", bo na razie to ma "z górki".
Po drugie - wykonanie. Śpiewać można się nauczyć, wystarczy chcieć. Zaśpiewała to poprawnie, ale nie wniosła nic od siebie, po prostu nauczyła się śpiewać... Stała z mikrofonem w ręce bez jakichkolwiek emocji na twarzy. A dlaczego? Bo nie rozumie, o co chodzi, nauczyła się tekstu, melodii i wystąpiła, bo rodzice kazali. Dom się sypie, pieniądze do wygrania, idealna okazja. A ludzie płaczą jak bobry, ślą z litości SMS-y, bo małe dziecko zaśpiewało piosenkę gwiazdy.
Co innego Kamil. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony, jak usłyszałem, że wykonuje reggae. Wiadomo z czym to się kojarzy - ciuchy w kolorze żółtym, zielonym i czerwonym, Marycha, wyluzowany klimacik. Propagowanie w mediach gatunku muzyki, który związany z ruchem rastafarian niesie za sobą palenie jointów jakoś mi nie leżało. Ale jak zobaczyłem i usłyszałem - wgniotło mnie w fotel. To jest prawdziwy talent.
W odróżnieniu od Magdy, której udział w tym programie uważam za nieporozumienie, Kamil wziął się za barki z klasykiem w ogóle innego gatunki, interpretując go tak, jak mu podpowiada jego rastafariańska dusza. Zmierzył się z piosenką samego mistrza sześciu strun - Erica Claptona (fani Justina Biebera pewnie nawet o nim nie słyszeli, swoją drogą Magda jest w podobnej grupie wiekowej, a w USA mało kto, jeśli ktokolwiek, wie kim jest Edyta Geppert). On tymczasem wykonał to, jakby w ogóle na nim nie ciążyła odpowiedzialność za to, że może zostać zjechany od stóp do głów za przeróbkę Claptona. Totalny luz i spontan. Włożył w to część siebie, swoich emocji i od pierwszych sekund wystąpienia porwał widzów, którzy zaczęli klaskać. Jakiej trzeba odwagi by zdobyć się na coś takiego przed milionami widzów!
A co robić przy wykonaniu Magdy, płakać do jej smutno brzmiącego głosu? Fakt, że obie piosenki łączy melancholijny nastrój, ale dajcie Kamilowi piosenkę Edyty do zaśpiewania, a na pewno nie usłyszycie jej tak, jak została zaaranżowana pierwotnie.
Podsumowując:
Magda umie poprawnie nauczyć się tekstu, melodii, i nie prezentuje sobą nic poza tym. Dojrzałość nie polega na śpiewaniu piosenek dorosłych ludzi tak, jak palenie papierosów, przeklinanie, czy picie wódki za szczeniaka.
Kamil umie śpiewać, włożyć w to kawał swojego serca i stworzyć coś, czego nikt jeszcze nigdy nie słyszał. I to on powinien wygrać tą edycję.
Aha.... Spytasz: dlaczego nie wygrał? Przecież był lepszy.
To teraz ja zapytam: Wysłałeś/aś SMS-a na Kamila? Nie? No to TY zawaliłeś/aś mu finał. (To pytanie kieruję również do siebie, odpowiedzi już sobie udzieliłem)
Trzymajcie się, talenty ;)
Ona ma talent...
I on ma talent...
Wygrała ta pierwsza. A JA na ten temat mam do powiedzenia tyle: i co z tego?
Po pierwsze - nie dla niej ten repertuar. Dopiero co przestała na chleb mówić "pep" i już śpiewa "kocham cię życie". Czy może kochać życie ktoś, kto praktycznie dopiero je zaczyna, bo jeszcze nawet nie wkroczył w dorosłość i prawdziwego życia nie poznał, nie dojrzał? Wykonywanie takich utworów nie uczyni jej dojrzalszej. Choć może w tej chwili utożsamia się z tymi słowami, ale jeszcze nieraz będzie miała "pod górkę", bo na razie to ma "z górki".
Po drugie - wykonanie. Śpiewać można się nauczyć, wystarczy chcieć. Zaśpiewała to poprawnie, ale nie wniosła nic od siebie, po prostu nauczyła się śpiewać... Stała z mikrofonem w ręce bez jakichkolwiek emocji na twarzy. A dlaczego? Bo nie rozumie, o co chodzi, nauczyła się tekstu, melodii i wystąpiła, bo rodzice kazali. Dom się sypie, pieniądze do wygrania, idealna okazja. A ludzie płaczą jak bobry, ślą z litości SMS-y, bo małe dziecko zaśpiewało piosenkę gwiazdy.
Co innego Kamil. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony, jak usłyszałem, że wykonuje reggae. Wiadomo z czym to się kojarzy - ciuchy w kolorze żółtym, zielonym i czerwonym, Marycha, wyluzowany klimacik. Propagowanie w mediach gatunku muzyki, który związany z ruchem rastafarian niesie za sobą palenie jointów jakoś mi nie leżało. Ale jak zobaczyłem i usłyszałem - wgniotło mnie w fotel. To jest prawdziwy talent.
W odróżnieniu od Magdy, której udział w tym programie uważam za nieporozumienie, Kamil wziął się za barki z klasykiem w ogóle innego gatunki, interpretując go tak, jak mu podpowiada jego rastafariańska dusza. Zmierzył się z piosenką samego mistrza sześciu strun - Erica Claptona (fani Justina Biebera pewnie nawet o nim nie słyszeli, swoją drogą Magda jest w podobnej grupie wiekowej, a w USA mało kto, jeśli ktokolwiek, wie kim jest Edyta Geppert). On tymczasem wykonał to, jakby w ogóle na nim nie ciążyła odpowiedzialność za to, że może zostać zjechany od stóp do głów za przeróbkę Claptona. Totalny luz i spontan. Włożył w to część siebie, swoich emocji i od pierwszych sekund wystąpienia porwał widzów, którzy zaczęli klaskać. Jakiej trzeba odwagi by zdobyć się na coś takiego przed milionami widzów!
A co robić przy wykonaniu Magdy, płakać do jej smutno brzmiącego głosu? Fakt, że obie piosenki łączy melancholijny nastrój, ale dajcie Kamilowi piosenkę Edyty do zaśpiewania, a na pewno nie usłyszycie jej tak, jak została zaaranżowana pierwotnie.
Podsumowując:
Magda umie poprawnie nauczyć się tekstu, melodii, i nie prezentuje sobą nic poza tym. Dojrzałość nie polega na śpiewaniu piosenek dorosłych ludzi tak, jak palenie papierosów, przeklinanie, czy picie wódki za szczeniaka.
Kamil umie śpiewać, włożyć w to kawał swojego serca i stworzyć coś, czego nikt jeszcze nigdy nie słyszał. I to on powinien wygrać tą edycję.
Aha.... Spytasz: dlaczego nie wygrał? Przecież był lepszy.
To teraz ja zapytam: Wysłałeś/aś SMS-a na Kamila? Nie? No to TY zawaliłeś/aś mu finał. (To pytanie kieruję również do siebie, odpowiedzi już sobie udzieliłem)
Trzymajcie się, talenty ;)
czwartek, 18 listopada 2010
Na zdrowie
"Na zdrowie"
Ślachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.
Tam człowiek prawie
Widzi na jawie
I sam to powie,
Że nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre mienie,
Perły, kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Mieśca wysokie,
Władze szerokie
Dobre są, ale -
Gdy zdrowie w cale.
Gdzie nie masz siły,
I świat niemiły.
Klinocie drogi,
Mój dom ubogi
Oddany tobie
Ulubuj sobie!
Słowa oczywiście Jana Kochanowskiego. Każdy człowiek zdrowy powinien cenić swoją kondycję. Niestety ludzie mają to do siebie, że doceniają dopiero coś, co stracą. A ludzie opluwający wrogów za życia, cenią ich dopiero po śmierci, co moim zdaniem zakrawa na totalną obłudę. Ale dziś nie o tym.
Dziś, jak w tytule i wstępie - o zdrowiu, nawet o życiu. Bo jednak uważam, że ponad zdrowiem jest jeszcze życie. Można się urodzić chorym, a można nie dostać szansy urodzenia się w ogóle, gdy choroba zostanie wykryta jeszcze w łonie matki. Na szczęście ostatnie słowo należy do rodziców i dzięki ich determinacji, samozaparciu i przede wszystkim przeogromnej wierze w końcowy sukces wciąż walczą o życie swoich maluchów, i liczą na naszą pomoc.
Maks po pierwszej operacji serca, którą przeszedł w Monachium (bo u nas ginekolog już zalecił aborcję), może cieszyć się życiem, ale na stół operacyjny będzie musiał trafić jeszcze dwa razy. Więcej na tej stronie.
Kalina (więcej na jej temat o tutaj) również nadal żyje, i wciąż ma szansę widzieć chociaż na jedno oko. Dla większości z nas byłoby to kalectwem, ale weźcie pod uwagę, że w krainie ślepych jednooki jest królem. W tym przypadku królową, która również leczy się za granicą, bo w Polsce pozbawiono by ją obu oczu.
No niestety, żyjemy w kraju, gdzie ludzie, z których bez żadnego "ale" zdziera się pieniądze na finansowanie NFZ, są odsyłani na leczenie, czy nawet głupie badania diagnostyczne, w odległych terminach, których mogliby nie dożyć. Natomiast ludzie zdrowi, którzy co prawda przyczyniają się do ratowania tych chorych, na przykład oddając im krew, są obsługiwani bez oczekiwania. Zdrowie i życie człowieka z najwyższych wartości zostało spłycone do materialnego poziomu, przedmiotu, którym państwo obraca, jak mu na to budżet (do którego my sami się dokładamy) pozwala. Życie ludzkie zostało - z wartości, jaką każdy z nas nadaje swojej egzystencji - takim samym towarem, jak ziemniaki u pani Jadzi u mnie na osiedlu.
Jak komuś zależy na zdrowiu lub życiu, musi wykładać dodatkowe pieniądze na prywatne leczenie. Inaczej czeka okaleczenie, albo śmierć, bo czeka się w kolejkach tworzonych nie według potrzeb, a według zasobności kasy w NFZ i kolejności zapisu na badania/zabiegi/operacje. Absurd? Ba! Nawet żeby mieć miejsce po śmierci, trzeba zapłacić za "działkę" na cmentarzu...
I to mnie najbardziej w tej chwili boli. Niefizycznie niestety...
wtorek, 2 listopada 2010
Festum Omnium Sanctorum
Trochę bluźnierczo na początek...
A jutro (choć może i dziś, zależy kiedy skończę tego posta) przypadają Zaduszki, czyli kolejne święto chrześcijańskie, zapożyczone z innych wierzeń. Tym razem pogańskich, które ów dzień zwykły nazywać Dziady. Ciekawe, czy ktoś tym dziadom kazał spieprzać, skoro zmieniono nazwę. Mniejsza o to...
A teraz nieco refleksji...
Tradycja nakazuje tego dnia wybrać się na groby bliskich, lub też i dalszych, jak kto woli, i zapalić znicz ku pamięci. Na wszystkim dobrze znanym 96 grobach pojawiły się na pewno dziesiątki zniczy. Lecz są osoby, które nie mają pewności, czy zapaliły znicze tam, gdzie faktycznie leżą ich bliscy. Stan ten pozwoli zbadać ekshumacja.
Jeżeli właśnie coś spożywacie czytając mojego bloga, to przepraszam, ale jak myślicie - co może zostać z ciała znajdującego się wewnątrz rozerwanego siłą uderzenia o ziemię metalowego kolosa ważącego kilkadziesiąt ton?
Pytanie równie skomplikowane, co wyobrażenie sobie tego widoku, ale podejrzewam, że w Smoleńskim lesie leżą dosłownie strzępki DNA ludzi, którzy tam poginęli. Nie mogło być mowy o sprowadzeniu do Polski kompletnych ciał ofiar katastrofy.
Ale chociaż przez chwilę każdy zainteresowany ciągiem wydarzeń zapoczątkowanych tragedią przekonał się, jak wygląda Pani G. i Pani W. Naprawdę, zaistnieć można nie tylko wykorzystując tragedie bliskich.
I to na dziś by było wszystko
Podsumowując, odpowiedzcie sobie na pytanie:
Wszystkich Świętych, (łac. festum omnium sanctorum) – rzymskokatolicka uroczystość (część innych kościołów również ją uznaje, w tym anglikański i wiele z luterańskich) obchodzona w Polsce 1 listopada ku czci wszystkich znanych i nieznanych świętych.
Święto to wywodzi się najprawdopodobniej z celtyckiego święta Samhain, które obchodzone było mniej więcej w tym samym czasie i również związane było ze zmarłymi.
A jutro (choć może i dziś, zależy kiedy skończę tego posta) przypadają Zaduszki, czyli kolejne święto chrześcijańskie, zapożyczone z innych wierzeń. Tym razem pogańskich, które ów dzień zwykły nazywać Dziady. Ciekawe, czy ktoś tym dziadom kazał spieprzać, skoro zmieniono nazwę. Mniejsza o to...
A teraz nieco refleksji...
Tradycja nakazuje tego dnia wybrać się na groby bliskich, lub też i dalszych, jak kto woli, i zapalić znicz ku pamięci. Na wszystkim dobrze znanym 96 grobach pojawiły się na pewno dziesiątki zniczy. Lecz są osoby, które nie mają pewności, czy zapaliły znicze tam, gdzie faktycznie leżą ich bliscy. Stan ten pozwoli zbadać ekshumacja.
Jeżeli właśnie coś spożywacie czytając mojego bloga, to przepraszam, ale jak myślicie - co może zostać z ciała znajdującego się wewnątrz rozerwanego siłą uderzenia o ziemię metalowego kolosa ważącego kilkadziesiąt ton?
Pytanie równie skomplikowane, co wyobrażenie sobie tego widoku, ale podejrzewam, że w Smoleńskim lesie leżą dosłownie strzępki DNA ludzi, którzy tam poginęli. Nie mogło być mowy o sprowadzeniu do Polski kompletnych ciał ofiar katastrofy.
Ale chociaż przez chwilę każdy zainteresowany ciągiem wydarzeń zapoczątkowanych tragedią przekonał się, jak wygląda Pani G. i Pani W. Naprawdę, zaistnieć można nie tylko wykorzystując tragedie bliskich.
I to na dziś by było wszystko
Podsumowując, odpowiedzcie sobie na pytanie:
Czy nie lepiej czasem żyć w nieświadomości przed nawet najstraszniejszą prawdą, jaka by miała was spotkać w życiu?
piątek, 22 października 2010
Biedne polskie blogi
Prezes JK i jego naczelni wazeliniarze najwyraźniej nie są w stanie przełknąć gorzkiej pigułki prawdy, którą serwują im internauci...
LINK: PiS chce pilnować internetu. Powoła specjalny zespół
Szumne zapowiedzi okażą się w praktyce bezskuteczne. Bo powiedzmy, że przyczepią się do grupy Platformy Obywatelskiej na Facebooku. I co im mogą zrobić? Nic. Na Facebooku obowiązuje amerykańskie prawo, bo serwery są w USA, podobnie jak serwer Bloggera, z którego treść na moim koncie właśnie czytasz. W świetle tego samego przepisu, że w Internecie obowiązuje prawo kraju, gdzie zlokalizowany jest serwer, można legalnie pobierać z Rosji filmy udostępnione na zasadzie Public Domain. To nic, że po rosyjsku, albo z rosyjskim lektorem, jest w tym walor edukacyjny chociaż. Od czego są napisy? :).
Inna sprawa, że próba cenzurowania internetu przez urzędników może skończyć się wymierzoną przeciw nim cyberwojną. Dawno to zaistniało zagrożenie w postaci robaka, który miał pierwotnie zaatakować systemy SCADA ukraińskich elektrowni atomowych? To zbyt niebezpieczne, żeby dla zaspokojenia swojej rządy władzy i chęci wymazania z Internetu opinii na temat swojego wizerunku, na który tak ciężko się pracowało, narażać infrastrukturę informatyczną kraju.
Tak więc PIS(S) OFF!
LINK: PiS chce pilnować internetu. Powoła specjalny zespół
Szumne zapowiedzi okażą się w praktyce bezskuteczne. Bo powiedzmy, że przyczepią się do grupy Platformy Obywatelskiej na Facebooku. I co im mogą zrobić? Nic. Na Facebooku obowiązuje amerykańskie prawo, bo serwery są w USA, podobnie jak serwer Bloggera, z którego treść na moim koncie właśnie czytasz. W świetle tego samego przepisu, że w Internecie obowiązuje prawo kraju, gdzie zlokalizowany jest serwer, można legalnie pobierać z Rosji filmy udostępnione na zasadzie Public Domain. To nic, że po rosyjsku, albo z rosyjskim lektorem, jest w tym walor edukacyjny chociaż. Od czego są napisy? :).
Inna sprawa, że próba cenzurowania internetu przez urzędników może skończyć się wymierzoną przeciw nim cyberwojną. Dawno to zaistniało zagrożenie w postaci robaka, który miał pierwotnie zaatakować systemy SCADA ukraińskich elektrowni atomowych? To zbyt niebezpieczne, żeby dla zaspokojenia swojej rządy władzy i chęci wymazania z Internetu opinii na temat swojego wizerunku, na który tak ciężko się pracowało, narażać infrastrukturę informatyczną kraju.
Tak więc PIS(S) OFF!
czwartek, 21 października 2010
In-vitro
Dla niezorientowanych (choć zakładam, że nie powinni tego czytać tacy) szybka definicja, a właściwie sposób powstawania "dziecka z probówki":
Potrzebne są:
- nasienie od ojca
- komórka jajowa matki biologicznej
- grupa naukowców, którzy sztucznie połączą w/w i rozmnożą kilka zarodków
- matka, która urodzi dziecko
- (opcjonalnie) rodzice nowo narodzonego dziecka
A tak to się robi:
- pobiera się komórki od mężczyzny i kobiety (która po kuracji farmakologicznej jest w stanie wyprodukować ich więcej niż jedną)
- w laboratorium łączy się w zygotę
- zygota jest następnie rozmnażana i z każdej powstaje zarodek
- zarodki nie nadające się do dalszego rozwoju, ze względu na stwierdzone wady genetyczne są, mówiąc bez ogródek, likwidowane
- jeden z zarodków jest wszczepiany matce, która od tej pory jest nosicielką ciąży zainicjowanej zewnętrznym zapłodnieniem; dziecko przychodzi na świat w wyniku zwykłego porodu po 9 miesiącach
Tak to mniej więcej się przedstawia. A teraz do rzeczy, czyli co mnie w tym boli - głównie pretensje środowisk katolickich co do zgody in vitro z etyką.
Zabijanie. Podstawowy argument przeciw in-vitro. Chodziło o to, że giną zapłodnione żywe, komórki, a więc poczęte, ale nienarodzone jeszcze dzieci, których to tak broni kościół. Ich łatwiej bronić, bo wystarczy trochę pokrzyczeć, zaszantażować (brak chrztu, ślubu itp). Nad narodzonymi łatwiej się pochylić ze słowami "módlmy się", a jeszcze lepiej wykorzystać, za Snickersa. Narodzony człowiek z czasem ma coraz więcej do powiedzenia i o ile w porę nie zrobi mu się prania mózgu, staje się niewygodny dla kościoła.
A niewygodny dla kościoła człowiek, to człowiek myślący samodzielnie, lubiący zadawać pytania typu: czy ksiądz wie, ile on sam średnio zrzuca naskórka w ciągu życia? 19 kilogramów! Ile to było kiedyś żywych komórek... Ludobójstwo, podobnie jak kobieta wypluwająca nasienie po zaspokojeniu mężczyzny oralnie jest morderczynią (bo gdyby połknęła, byłaby kanibalem). Niestety według kościoła pojedyncza komórka nie jest człowiekiem. A wracając do zabijania kompletnych zygot - czy człowiek, który je stworzył nie powinien mieć moralnie prawa do zabicia stworzonej przez siebie istoty? Jest jej panem, dokładnie tak samo, jak Bóg, do którego wierni zwracają się "Panie". Gdy umiera człowiek wierzący, często słyszy się, że "Bóg tak chciał" (co, tak na marginesie, w przypadku tragicznych śmierci jest obłudą do kwadratu). Niech więc zabicie zygoty będzie podyktowane tym, że "człowiek tak chciał", zwłaszcza że sztucznie stworzona zygota powstaje bez udziału Boga (bo nie powstała w wyniku aktu płciowego, będącego przejawem miłości kobiety i mężczyzny, a tylko takie poczęcie "podoba się Bogu"). Po co wpychać na siłę religię do nauki? Kościół to usilnie robi, szukając argumentów przeciw in vitro. Oto i kolejny.
Ustalenie rodzicielstwa. Kim są zdaniem kościoła rodzice dziecka "z probówki"? Ojcem jest dawca nasienia - bez wątpienia jedna osoba. Z matką sprawa jest bardziej skomplikowana - bezpłodna matka, pragnąca mieć dziecko;matka nosicielka, której zadaniem jest wydanie na świat potomka, i opcjonalna - zastępcza, która będzie miała znaczenie w przypadku, gdy matka nosicielka nie zgodzi się na zabicie pozostałych zygot.
Z rodzicielstwem dziecka poczętego "po bożemu" sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Ojcowie: biologiczny, chrzestny, Bóg Ojciec (ewentualnie wszystkie 3 osoby boskie), Ojciec Święty zwany Papieżem. Matki: biologiczna, chrzestna.
Podsumowując, żeby się nie zgubić:
In vitro: dwie lub trzy matki, jeden ojciec, który w dodatku często pozostaje anonimowy, jeśli nasienie przekazuje specjalny bank je przechowujący.
Naturalne poczęcie: dwie matki, od 4 do 6 ojców, z których w jednego (a nawet jego 3 osoby) musisz wierzyć, inaczej spłoniesz w piekle, a drugi jest wybierany w drodze pontyfikatu.
Proponuję więc najpierw usunąć belkę z własnego oka, zanim się dostrzeże drzazgę w cudzym.
Pozdrawiam
AKTUALIZACJA!
LINK: Komentarz pierwszej ateistki RP - prof. Joanny Senyszyn
Potrzebne są:
- nasienie od ojca
- komórka jajowa matki biologicznej
- grupa naukowców, którzy sztucznie połączą w/w i rozmnożą kilka zarodków
- matka, która urodzi dziecko
- (opcjonalnie) rodzice nowo narodzonego dziecka
A tak to się robi:
- pobiera się komórki od mężczyzny i kobiety (która po kuracji farmakologicznej jest w stanie wyprodukować ich więcej niż jedną)
- w laboratorium łączy się w zygotę
- zygota jest następnie rozmnażana i z każdej powstaje zarodek
- zarodki nie nadające się do dalszego rozwoju, ze względu na stwierdzone wady genetyczne są, mówiąc bez ogródek, likwidowane
- jeden z zarodków jest wszczepiany matce, która od tej pory jest nosicielką ciąży zainicjowanej zewnętrznym zapłodnieniem; dziecko przychodzi na świat w wyniku zwykłego porodu po 9 miesiącach
Tak to mniej więcej się przedstawia. A teraz do rzeczy, czyli co mnie w tym boli - głównie pretensje środowisk katolickich co do zgody in vitro z etyką.
Zabijanie. Podstawowy argument przeciw in-vitro. Chodziło o to, że giną zapłodnione żywe, komórki, a więc poczęte, ale nienarodzone jeszcze dzieci, których to tak broni kościół. Ich łatwiej bronić, bo wystarczy trochę pokrzyczeć, zaszantażować (brak chrztu, ślubu itp). Nad narodzonymi łatwiej się pochylić ze słowami "módlmy się", a jeszcze lepiej wykorzystać, za Snickersa. Narodzony człowiek z czasem ma coraz więcej do powiedzenia i o ile w porę nie zrobi mu się prania mózgu, staje się niewygodny dla kościoła.
A niewygodny dla kościoła człowiek, to człowiek myślący samodzielnie, lubiący zadawać pytania typu: czy ksiądz wie, ile on sam średnio zrzuca naskórka w ciągu życia? 19 kilogramów! Ile to było kiedyś żywych komórek... Ludobójstwo, podobnie jak kobieta wypluwająca nasienie po zaspokojeniu mężczyzny oralnie jest morderczynią (bo gdyby połknęła, byłaby kanibalem). Niestety według kościoła pojedyncza komórka nie jest człowiekiem. A wracając do zabijania kompletnych zygot - czy człowiek, który je stworzył nie powinien mieć moralnie prawa do zabicia stworzonej przez siebie istoty? Jest jej panem, dokładnie tak samo, jak Bóg, do którego wierni zwracają się "Panie". Gdy umiera człowiek wierzący, często słyszy się, że "Bóg tak chciał" (co, tak na marginesie, w przypadku tragicznych śmierci jest obłudą do kwadratu). Niech więc zabicie zygoty będzie podyktowane tym, że "człowiek tak chciał", zwłaszcza że sztucznie stworzona zygota powstaje bez udziału Boga (bo nie powstała w wyniku aktu płciowego, będącego przejawem miłości kobiety i mężczyzny, a tylko takie poczęcie "podoba się Bogu"). Po co wpychać na siłę religię do nauki? Kościół to usilnie robi, szukając argumentów przeciw in vitro. Oto i kolejny.
Ustalenie rodzicielstwa. Kim są zdaniem kościoła rodzice dziecka "z probówki"? Ojcem jest dawca nasienia - bez wątpienia jedna osoba. Z matką sprawa jest bardziej skomplikowana - bezpłodna matka, pragnąca mieć dziecko;matka nosicielka, której zadaniem jest wydanie na świat potomka, i opcjonalna - zastępcza, która będzie miała znaczenie w przypadku, gdy matka nosicielka nie zgodzi się na zabicie pozostałych zygot.
Z rodzicielstwem dziecka poczętego "po bożemu" sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Ojcowie: biologiczny, chrzestny, Bóg Ojciec (ewentualnie wszystkie 3 osoby boskie), Ojciec Święty zwany Papieżem. Matki: biologiczna, chrzestna.
Podsumowując, żeby się nie zgubić:
In vitro: dwie lub trzy matki, jeden ojciec, który w dodatku często pozostaje anonimowy, jeśli nasienie przekazuje specjalny bank je przechowujący.
Naturalne poczęcie: dwie matki, od 4 do 6 ojców, z których w jednego (a nawet jego 3 osoby) musisz wierzyć, inaczej spłoniesz w piekle, a drugi jest wybierany w drodze pontyfikatu.
Proponuję więc najpierw usunąć belkę z własnego oka, zanim się dostrzeże drzazgę w cudzym.
Pozdrawiam
AKTUALIZACJA!
LINK: Komentarz pierwszej ateistki RP - prof. Joanny Senyszyn
Subskrybuj:
Posty (Atom)